25.05.2024, 12:44 ✶
Południowe stragany - stoisko kowenu
Rozmawiam z Atreusem i żegnam się z Sebastianem
*
– Wyjaśniłam mu, że moi mali, niepokorni bracia wciąż potrzebują mojej opieki i jeszcze nie mogę wyjść za mąż – odparła Florence, takim tonem, jakby faktycznie dokładnie to zrobiła. Czy zauważyła, że brat zabrzmiał nieco sztywno? Owszem. Wzięła to jednak za pewną drażliwość wywołaną samym słuchaniem o oświadczynach, skoro jego zaręczyny z Elaine, śliczną, i zupełnie nie pojmującą czarnego humoru i niektórych uwag Florence, zostały niedawno złamane. Jego myśli i słowa były o tyle trafione, że faktycznie chodziło o Patricka, i że faktycznie taki związek byłby mezaliansem, może nie doprowadzającym do jej zupełnego odrzucenia przez rodzinę (nie była w końcu synem, a Bulstrodowie choć dbający o czystość linii, nie byli aż takimi konserwatystami jak Blackowie czy Mulciberowie), ale pewnie do wykreślenia z oficjalnych rejestrów.
Nie, żeby kogoś tak upartego jak ona to powstrzymało.
– Oceniać może mnie tylko ordynatorka – oświadczyła, rzucając mu chłodne spojrzenie na jego sugestie odnośnie zakupów, ale nie była tak naprawdę zła o te słowa. Może nawet odrobinkę rozbawiona. – Jestem pewna, że czerwcowe zdjęcie bardzo ładnie się prezentuje. I dziękuję, panie Macmillan, obawiam się jednak, że jutro z rana czeka mnie dyżur w szpitalu. W kwestii świec, potrzebuję niestety tylko rytualnych – odparła uprzejmie. Sebastian był doskonałym sprzedawcą, ale Florence ciężko było zachęcić do zrobienia zakupów, na które nie miała prawdziwej ochoty. A gdy o tej „imiennej z grawerem” wspomniał, pomyślała, że mignęło jej tutaj stoisko ze świecami właśnie, a te niekiedy były przydatne do klątwołamania. Powinna wreszcie wrócić do ich samodzielnego przyrządzania, ale Florence lubiła optymalizować czas.
Zapłaciła więc tylko za koszyk, który mógł się przydać do przechowywania drobnych przedmiotów i uprzejmie pożegnała Macmillana.
– Chcesz kupić coś konkretnego? Ja chciałabym zerknąć na tę biżuterię i stanowisko ze świecami – powiedziała, gotowa odejść od stoiska. – Podobno mają tu też koło fortuny, coś dla ciebie.
Inna sprawa, że chociaż by się do tego nie przyznała na głos, to sama też od czasu do czasu lubiła zdać się na los. Była bardziej Bulstrodówną niż Prewettówną, i bardzo mało przypominała swoją matkę, ale krew hazardzistów wciąż płynęła w jej żyłach.
Rozmawiam z Atreusem i żegnam się z Sebastianem
*
– Wyjaśniłam mu, że moi mali, niepokorni bracia wciąż potrzebują mojej opieki i jeszcze nie mogę wyjść za mąż – odparła Florence, takim tonem, jakby faktycznie dokładnie to zrobiła. Czy zauważyła, że brat zabrzmiał nieco sztywno? Owszem. Wzięła to jednak za pewną drażliwość wywołaną samym słuchaniem o oświadczynach, skoro jego zaręczyny z Elaine, śliczną, i zupełnie nie pojmującą czarnego humoru i niektórych uwag Florence, zostały niedawno złamane. Jego myśli i słowa były o tyle trafione, że faktycznie chodziło o Patricka, i że faktycznie taki związek byłby mezaliansem, może nie doprowadzającym do jej zupełnego odrzucenia przez rodzinę (nie była w końcu synem, a Bulstrodowie choć dbający o czystość linii, nie byli aż takimi konserwatystami jak Blackowie czy Mulciberowie), ale pewnie do wykreślenia z oficjalnych rejestrów.
Nie, żeby kogoś tak upartego jak ona to powstrzymało.
– Oceniać może mnie tylko ordynatorka – oświadczyła, rzucając mu chłodne spojrzenie na jego sugestie odnośnie zakupów, ale nie była tak naprawdę zła o te słowa. Może nawet odrobinkę rozbawiona. – Jestem pewna, że czerwcowe zdjęcie bardzo ładnie się prezentuje. I dziękuję, panie Macmillan, obawiam się jednak, że jutro z rana czeka mnie dyżur w szpitalu. W kwestii świec, potrzebuję niestety tylko rytualnych – odparła uprzejmie. Sebastian był doskonałym sprzedawcą, ale Florence ciężko było zachęcić do zrobienia zakupów, na które nie miała prawdziwej ochoty. A gdy o tej „imiennej z grawerem” wspomniał, pomyślała, że mignęło jej tutaj stoisko ze świecami właśnie, a te niekiedy były przydatne do klątwołamania. Powinna wreszcie wrócić do ich samodzielnego przyrządzania, ale Florence lubiła optymalizować czas.
Zapłaciła więc tylko za koszyk, który mógł się przydać do przechowywania drobnych przedmiotów i uprzejmie pożegnała Macmillana.
– Chcesz kupić coś konkretnego? Ja chciałabym zerknąć na tę biżuterię i stanowisko ze świecami – powiedziała, gotowa odejść od stoiska. – Podobno mają tu też koło fortuny, coś dla ciebie.
Inna sprawa, że chociaż by się do tego nie przyznała na głos, to sama też od czasu do czasu lubiła zdać się na los. Była bardziej Bulstrodówną niż Prewettówną, i bardzo mało przypominała swoją matkę, ale krew hazardzistów wciąż płynęła w jej żyłach.