25.05.2024, 12:45 ✶
Ucieszyłem się. Naprawdę się ucieszyłem i to z satysfakcją, kiedy ujrzałem łzy radości na twarzy Flynna. Uśmiechał się. Dawno nie był tak szczęśliwy i, cóż, pragnąłem go widzieć takim częściej. Ba!, pragnąłem sprawiać codziennie ten uśmiech, tę beztroskę, może bez tych łez wzruszenia, ale... był w tym taki śliczny, taki niesamowicie piękny. Gdybym mógł, przeniósłbym wszystkie jego troski na siebie by mógł non stop cieszyć się taką lekkością, ale...
Ale ani u niego, ani u mnie to nie trwało wcale długo. Najwyraźniej w naszym wspólnym egzystowaniu takie piękne chwile były skazane na krótkotrwałość. Co najwyżej parę minut, a najlepiej kilkanaście sekund. Nie więcej, bo świat by runął albo coś...? W jednym mgnieniu straciłem ten grunt pod nogami i tak naprawdę nie wiedziałem, co się dzieje, co my tu robimy, co też Flynn bredzi. Nie chciałem tego przyjmować do siebie... I może bym nie przyjął, ale nie trwał już w szczęściu i słowo go zbyt wyraźnie wybrzmiało w mojej głowie bym mógł je pomylić z cię.
- Nie rozumiem. Jaki raz? Jakiego go? Za co przepraszasz? Co nie zmienia? Co czujesz do mnie...? - pytałem nieobecny, bo na dobrą sprawę, to nie wiedziałem już nic. Czułem się zdradzony. Tak, teraz czułem się zdradzony, bo te wcześniejsze słowa Flynna ewidentnie odnosiły się do teraz. A ja głupi myślałem... Wierzyłem... mu? Ufałem...? Czy po prostu byłem naiwny? Byłem idiotą? Głupcem? Kretynem?
Zapadłbym się pod ziemię, wyszedł stąd, teleportował się na drugi koniec świata albo coś, ale Flynn leżał na mnie. Siedział... Opierał się. Nie byłem w stanie w tej chwili określić naszej bliskości, ale zamiast piórem w moich ramionach, zaczynał okazywać się wielkim balastem, który przygniatał mnie i uziemiał w tymi podłymi myślami. Moje dłonie zamarły, serce... Czy ja jeszcze miałem serce? Zrobiło się jakoś duszno.
- Nie rozumiem - powtórzyłem szeptem, ledwo słyszalnym. On płakał, zanosił się wielką rozpaczą. Może coś źle rozumiałem. Chciałem to inaczej rozumieć. - Kogo ty kochasz, Flynn?! Co się dzieje? - zapytałem, żeby się upewnić. Złapałem go za ramię, żeby jego też uziemić, jego emocje rozszalałe. Co tu się działo?
Ale ani u niego, ani u mnie to nie trwało wcale długo. Najwyraźniej w naszym wspólnym egzystowaniu takie piękne chwile były skazane na krótkotrwałość. Co najwyżej parę minut, a najlepiej kilkanaście sekund. Nie więcej, bo świat by runął albo coś...? W jednym mgnieniu straciłem ten grunt pod nogami i tak naprawdę nie wiedziałem, co się dzieje, co my tu robimy, co też Flynn bredzi. Nie chciałem tego przyjmować do siebie... I może bym nie przyjął, ale nie trwał już w szczęściu i słowo go zbyt wyraźnie wybrzmiało w mojej głowie bym mógł je pomylić z cię.
- Nie rozumiem. Jaki raz? Jakiego go? Za co przepraszasz? Co nie zmienia? Co czujesz do mnie...? - pytałem nieobecny, bo na dobrą sprawę, to nie wiedziałem już nic. Czułem się zdradzony. Tak, teraz czułem się zdradzony, bo te wcześniejsze słowa Flynna ewidentnie odnosiły się do teraz. A ja głupi myślałem... Wierzyłem... mu? Ufałem...? Czy po prostu byłem naiwny? Byłem idiotą? Głupcem? Kretynem?
Zapadłbym się pod ziemię, wyszedł stąd, teleportował się na drugi koniec świata albo coś, ale Flynn leżał na mnie. Siedział... Opierał się. Nie byłem w stanie w tej chwili określić naszej bliskości, ale zamiast piórem w moich ramionach, zaczynał okazywać się wielkim balastem, który przygniatał mnie i uziemiał w tymi podłymi myślami. Moje dłonie zamarły, serce... Czy ja jeszcze miałem serce? Zrobiło się jakoś duszno.
- Nie rozumiem - powtórzyłem szeptem, ledwo słyszalnym. On płakał, zanosił się wielką rozpaczą. Może coś źle rozumiałem. Chciałem to inaczej rozumieć. - Kogo ty kochasz, Flynn?! Co się dzieje? - zapytałem, żeby się upewnić. Złapałem go za ramię, żeby jego też uziemić, jego emocje rozszalałe. Co tu się działo?