Na dworze księcia kniei szumiało. W blasku księżyca, wiszącego na suficie, nocne cienie tańczyły na granicy jawy i snu, wróżki wirowały z eteryczną gracją pośród srebrzystej mgły. Ich ruchy, subtelne jak najdelikatniejszy powiew wiatru, tworzyły skomplikowane wzory kolejnych kroków tanecznych, niezrozumiałych w upojeniu, alkoholem i chwilą, które zdają się układać w pradawne runy i tajemne inskrypcje. Wróżki. W tym tańcu, pełnym mistycznej harmonii, kryła się esencja magicznego realizmu, gdzie każda chwila jest nieuchwytna, a każda wróżka, strażniczką pradawnych tajemnic. Na przykład ta, na której kolanach leżał.
Wygodnie mu się tak odpoczywało, w pięknym otoczeniu, z pięknymi ludźmi. Bardzo nie chciał myśleć o tym, że za kilka dni znajdzie się na tajemniczej wyspie, aby zdobyć mroczną broń z proroctwa. Ani o tym, że wieszcz, który to przepowiedział, zległ właśnie w uścisku że śmiercią, w łożu sześć stóp pod ziemią. Oby jego grób obrosły niezapominajki.
— Wszyscy przeciw mnie! Umiem dobrze pływać... Chociaż teraz to chyba nie jest dobry pomysł. Syren nie ma, ale na pewno są jakieś wiły, które będą chciały zrobić ze mnie utopca — oburzył się, ale zaraz mu przeszło. Oczywiście wcale to nie było tak, że był pijany i po prostu by się utopił, od szoku temperatury, braku kontroli nad ciałem i przez zdradliwe prądy.
— Może... może do Rumunii? Podobno jest piękna o tej porze roku. Dużo roślin i zamek wampirów... — myślał na głos rozmarzonym tonem, nieświadom zupełnie, że nawet jeśli Septimę byłoby stać na tę podróż, to na pewno nie Sama, stolarza z Kniei. Popatrzył na tańczące pary, minęła mu Brenna i ujrzał, jak wszystko dookoła niej płonie, a jej partner jest trupem, który zaciska na jej szyi szponiaste palce z wystającymi kośćmi. Mrugnął. Wizja zniknęła. Westchnął ciężko.
— Samuelu, byłeś kiedyś poza Anglią? — nasunęło mu się pytanie, a coś w jego spojrzeniu sugerowało, że zdecydowanie nie chodziło o podłoże palcem po mapie.