Oboje wyglądali na dogłębnie zmęczonych, nawet jeżeli jego decyzja o braku snu była całkowicie świadomie podjęta na rzecz poszukiwań, a jej powiązana z raczej dramatycznymi koszmarami, alkoholem i niepewną przyszłością. I on obawiał się, czy przyjdzie, chociaż z innych powodów, niż ona. On obawiał się, że będzie za późno, że istota z jej snu złapie ją i zamorduje, podczas gdy on będzie popijał kawę w Białej Wiwernie.
Poruszył się na swoim miejscu. Zastanawiał się całą drogę na Nokturn, jak ująć w słowa to, czego się dowiedział i jak to jej przedstawić. Jego przepuszczenia przy tym były mało optymistyczne, więc raczej widział siebie jako czarnego kruka, niosącego czarne wieści. Nie, nie kruka. Był kukułką, ta, która odliczała, ile zostało życia. Ileż dźwięków życia mógł jej podarować? Jak wiele miesięcy? Lat? Dekad?
— Dzień dobry, Artemido. Mam nadzieję, że noc ci sprzyjała — przywitał ją, chociaż zdawał sobie sprawę, że tak nie było. Mógł udawać, aby zrobić jej przyjemność, że nie wygląda jak zjawa, która nawiedza miejsce swojego morderstwa.
— Znalazłem informacje o tym, co oznaczają te runy dokładnie oraz jak ci pomóc z istotą ze snów. Część teoretyczną przynajmniej. Od razu cię uprzedzę, nie ważne, jak zła będziesz, jak bardzo będzie bolało, wysłuchaj mnie do końca — głos miał łagodny, jakby obawiał się jej reakcji, jednocześnie z niemym przyzwoleniem, gdyby potrzebowała kozła ofiarnego na swoją frustrację. Nie należało strzelać do posłańca, ale ten trochę się nadstawiał.
— Twój brat, on nie istnieje. W tym sensie, że istnieje ktoś, kto podaje się, za niego, ale nim nie jest. Wszystko wskazuje na to, że Thoran jest demonem.
Poczekał, aż słowa wybrzmią w przestrzeni między nimi. Zakorzenią się w jej umyśle, przybiorą rozsądny kształt. Dlatego uprzedził ją, ponieważ nie wiedział, jak zareaguje. Była to informacja, która zmieniała drastycznie całe jej życie, jeżeli tego jeszcze nie wiedziała sama.