Jak by na niego spojrzała… Pewnie jak zawsze: ze zrozumieniem. Kto jak nie ona? Miała sama tyle pomysłów na siebie, w szkole nie wiedziała, za co powinna się wziąć, gdzie chciałaby pracować, bo tyleż spraw ją interesowało. Rozmawiali o tym… chyba na swoim pierwszym spotkaniu po latach, pierwszego wspólnego poranka po jakże upojnej nocy: jak wiele chcieli od niej rodzice i rodzina, co wybrała sama… i gdzie była teraz. Już zdążyła dwa razy zmienić zawód i nigdy nie uważała, że zostanie aurorem już do końca. Podejrzewała, że w którymś momencie zrezygnuje, zajmie się czymś innym. Więc jak by na Laurenta spojrzała, gdyby jej powiedział, że jednak zmienia coś w swoim życiu, że pracował na coś tyle lat, ale jednak… Chciałby robić coś innego? Przytuliłaby go, poklepała po policzku, dałaby mu buziaka i złapała za dłoń – zapewne.
Basowe dudnienie Dumy chyba każdego wyrwałoby ze snu, tak jak ją z pewnością wyrwałoby z zamyślenia. Ale już kontaktowała – a według niej nie było w ogóle żadnego odcięcia. Jeszcze się nie zorientowała, co się wydarzyło. Teraz jednak wyciągnęła dłoń do jarczuka, by ją powąchał, ogon zaczął się majtać na boki, a Victoria, nadal wtulona w Laurenta, pogłaskała łeb psa delikatnie, swoją zimną dłonią. Obserwowała z ciekawością, jak pies okazuje swoją radość, jak nie potrafi jej utrzymać w sobie, więc się kręci, aż w końcu się położył przy swoim właścicielu i uśmiechnęła się leciutko.
– Naprawdę? – brzmiała na zdumioną i po tym nawet zrobiła takie ciche „hmm”, zastanawiając się nad tym, co powiedział. Chyba rzeczywiście Laurent nigdy jej takiej nie widział… Nie aż tak spokojną. Może rzeczywiście skojarzenie z ich porankami było dobre, po tych nocach, gdy rozmawiali słownie… ale też bez słów, gdy ubrania leżały wszędzie, tylko nie na nich. Te poranki były dobre, miłe, rzadko kiedy miewała wtedy przy Laurencie problem by zasnąć, a on przytulał się do niej, jakby łaknął tego kontaktu, jakby mu go brakowało. Trwało to… Półtorej roku? Może niecałe półtorej – ale dość długo. I na pewno nie widział jej tak spokojnej przez ostatnie miesiące. Wczoraj? Wczoraj była szczęśliwa, podekscytowana, na pewno nie spokojna. – Jak to na kilka minut? – nie szeptali już, dobrze… A teraz było słychać w jej głosie śmiech, bo założyła, że Laurent sobie z niej po prostu żartuje, tak w odpowiedzi na to, jak się go „uczepiła” przy tym podpisie. Ale coś w jego odpowiedzi, w jego tonie, kazało jej zwątpić – aż się w końcu odkleiła od jego ramienia i wyprostowała, obracając do niego twarzą, patrząc z bliska z delikatnym niepokojem, na jego twarz. Wydawał się napięty i to i ją odrobinę zaalarmowało. – Naprawdę odpłynęłam na kilka minut? – brzmiała na zmartwioną, bo w końcu przyszły do niej te złe myśli, te niepotrzebne… Że znowu traci nad sobą kontrolę, nad swoim życiem, nad… swoją głową. To ten moment? Naprawdę kończy jej się czas? Przecież dopiero co zaczęła jakoś układać to swoje życie, wyrwała się z domu, przygarnęła koty… Wszystko, czego zawsze pragnęła. I to już? Tak po prostu ktoś miał tę jej świeczkę życia zgasić? Już teraz płonęła nieco przerywanie, walcząc o płomień, gdy ktoś usilnie próbował go zdmuchnąć. Czy to był taki moment? Wzięła głębszy oddech i przygryzła dolną wargę, tę bardzo kuszącą, niczym poduszeczka, próbując się zastanowić nad tym, co właśnie się stało. – Ja… Tak – powiedziała cicho i zmrużyła prawe oko. Siedziała na hogwardzkich błoniach, dzieciaki krzyczały, widziała Brennę przy brzegu… To nie było wspomnienie Elizabeth, prawda? – Ale wydaje mi się, że to było moje wspomnienie – powiedziała cicho. Czy to był znak? Podobno przed śmiercią doznawało się retrospekcji swojego życia. Więc? Czy to już, i dlatego to była taka błoga myśl? Żeby milej się odchodziło? Aż ją zmroziło. – Siedziałam na trawie przed Jeziorem Hogwartu, było ciepło, inni też wyszli na zewnątrz. Byłam tam sama i było tak miło… Czekałam na Cynthię, widziałam Brennę na brzegu jeziora, jak zwykle coś z kimś kombinowała. Było miło, wiesz? Tak… Spokojnie, tak błogo. Ciepło – tak, jak nie mogło być teraz, kiedy ciągle czuła to dojmujące zimno. – Wiał wiatr, lekki, ciepły, trawa się tak kołysała… jak liście na drzewach Zakazanego Lasu – opowiedziała mu to wszystko i uśmiechnęła się lekko. Nie chciała tego utracić. Ale ta myśl… Ta myśl była katalizatorem do kolejnych słów. – Za… Dwa tygodnie płynę z Brenną do Afryki, wiesz? Na cztery dni. Szukać… Szukać kogokolwiek. Czegokolwiek – na jej przypadłość.
Bogowie, tak bardzo nie chciała umierać. Miała jeszcze tyle do zrobienia, tyle do powiedzenia tylu kochanym przez nią ludziom.