Beltane wciąż nawiedza mnie w snach. Płomienie łączą je z tragedią przeżytą pod własnym dachem. Ogień wzbudza we mnie głęboki lęk. Nawet mała wstęga światła unosząca się nad świecą nie pozwala mi spuścić z niej oczu. Wymusza ciągłą uwagę.
Uwielbiałam festyny. Te u mnie na wsi były cudowne. Hermetyczne towarzystwo, sporo się działo, każdy czuł się bezpiecznie. A tutaj? Pierwsza większa impreza na Wyspach i mogłam nie wrócić do domu. Dlatego omijałam inne większe wydarzenia. Ale brytyjskie święto zbiorów kusiło za bardzo. Czy różniło się od dożynek? Nawet, jeśli wyjątkowo odbywa się w mieście... Musiałam się tam udać.
Pojawiłam się na początku. Gdy ludzie dopiero się zbierali. Oczywiście nie mogłam być jedną z pierwszych, to by było zbyt niezręczne. Zerkałam tylko co jakiś czas, krążąc po ulicy. Aż mnie brygadzista zaczepił i miałam okazję tłumaczyć się, że nie jestem przestępcą. Nic trudnego. Ledwo potrafiłam zdanie złożyć, tak się zestresowałam.
Gdy zagęszczenie ludności wydało mi się odpowiednie, wkroczyłam na teren festynu. Nim zaczęłam się rozglądać, udałam się do strefy gastronomicznej. Potrzebowałam czegoś do picia, a tam akurat mieli lemoniadę. I wiele innych słodkości, ale teraz nie byłam w stanie się na nic zdecydować.
W drodze do lady dostrzegłam coś, co szybko przykuło moją uwagę — koszyki z kotami. Ludzie wokół adoptowali je jak ciepłe bułeczki. Aż w końcu został jeden. Rudy. Oczywiście, że nikt go nie chciał. Najbardziej nieprzewidywalne i szalone. Wpatrywałam się w niego dłuższą chwilę i chyba wyglądałam na zainteresowaną adopcją.