Uśmiechnęła się do niego z wdzięcznością i przeniosła tą dłoń, która poklepywała go po ramieniu, na jego policzek, by tam go też poklepać, leciuteńko i z czułością. O to jej właśnie chodziło, że „wszystko jest okej, nie martw się” – tylko, że nie było okej, zwyczajnie próbowała samą siebie przekonać, że nie jest wcale tak źle. Tyle, że było, a najgorsze w tym było to, że nie bardzo wiedziała, co ma z tym zrobić. Nie to, że brakowało jej na to funduszy, tylko zwyczajnie możliwości. Ale nie wszystkie opcje jeszcze wykorzystała, już zresztą umówiła się z Brenną, ze w sierpniu zrobią kierunek: Afryka na kilka dni… A potem, skoro już miała dłoń na jego policzku, pociągnęła go lekko za niego i uśmiechnęła się niemalże jak chochlik korwalisjki.
– Kurwa, oszalałeś?!– była oburzona, naprawdę oburzona w ogóle tym pomysłem! Jeszcze wtedy miała narzeczonego… nic to co prawda nie zmieniało, ale spiorunowała Aidana wzrokiem. – Nie interesuje mnie dupa Stanleya – nie wierzyła, że znowu musi to mówić, przy czym raz robiła to przy samym zainteresowanym, teraz był drugi, a przyszłości będzie i trzeci… ale nie wybiegajmy w tę jakże (nie)znaną przyszłość. – W maju z Saurielem zaciągnęli mnie na jakąś działkę ciotki Stanleya, bo wyobraź sobie, że te dwa geniusze posadziły ogórki w doniczkach i trzeba je było przesadzić, a nie wiedzieli jak. No a potem znowu nie wiedzieli jak robi się kiszone ogórki więc trzeba było pomóc. Atreus też przy tym był – burknęła obrażona takimi insynuacjami. – To było wieczór przed tym dywanikiem u Moody. Wtedy go ostatni raz widziałam – aż założyła ręce na biodrach i wlepiła spojrzenie w kuzyna. Naprawdę? Naprawdę pomyślał, że mogłaby się przespać ze Stanleyem? Że był facetem w jej typie…? Cóż, poniekąd urodą był, ale nigdy zupełnie jej nie interesował.
W końcu ruszyli, Victoria dała się prowadzić, ale na pytanie Aidana, postanowiła sobie nie parsknąć śmiechem. Była… nenufarem na niezmąconej tafli jeziora…
– Okoń to taki koń z o na początku – powiedziała z kamiennym wyrazem twarzy, ale musiała zawinąć swoje usta i je przygryźć, żeby nie parsknąć. Wytrzymała tak kilka sekund, a w końcu wypuściła powietrze nosem i odetchnęła.
Zagadała go po swojemu kiedy szli, a to co u mamy, co u ojca, co u niego, coś tam poopowiadała co u niej… tak z grubsza – wybierała raczej neutralne tematy. W miarę neutralne. A papierosa przyjęła, pewnie ku zdziwieniu Aidana, i odpaliła od niego zręcznie i wypaliła z nim trochę, kulturalnie nie buchając mu dymem w twarz, a później grzecznie przydeptała peta i wyrzuciła do kosza, jak się należało. Zaklęciem wyczyściła swoje dłonie i ogólnie siebie, chcąc się pozbyć zapachu papierosa.
– Oj tam, bez przesady – mówiła, że bez przesady, ale cholernie pewne, że grzeczni złapie za materiał sukienki, żeby ją nieco unieść, bo chyba by ją pokurwiło, jakby coś faktycznie pobrudziła, albo było coś nierówno… Weszła pierwsza do pomieszczenia, nie rozumiejąc o co ten cały ambaras. Ot no knajpa jak kanajpa, ale Aidan nie zatrzymał się tutaj, tylko wziął ją pod rękę i zaprowadził gdzieś, najwyraźniej doskonale wiedząc gdzie idzie, wleźli na jakieś zaplecze – rzeczywiście w tej sukience musiała wyglądać ciekawie, ale miała to totalnie w dupie – iii…
Teraz już nie wytrzymała. Musiała prychnąć, a później parsknąć, a jeszcze później zasłoniła sobie usta dłonią.
– No chyba sobie żartu…. – jesz. Nie dokończyła, bo odsłonił się przed nimi tunel. Na to idiotyczne hasło. TWOJA STARA. A on się z jej okonia śmiał? Bogowie, że ją to śmieszyło – chyba za dużo czasu spędzała z innymi brygadzistami, aurorami i Saurielem. Ach… odrobinę ją zakuło serce, więc szybko wyrzuciła to z myśli i faktycznie złapała za materiał sukienki, unosząc ją nieco, by mogła spokojnie zejść po stromych schodach i nie wyrżnąć na głupi ryj. To by dopiero było… – To naprawdę jakiś klub! – wywnioskowała po przytłumionej muzyce i kolorowych światłach.
Ale ta muzyka, dźwięki, choć przytłumione, nadal były słyszalne. Victoria zrobiła krok, idąc przed Aidanem, ale wcale nie widziała teraz tych schodów. Za to poczuła to dojmujące uczucie melancholii i przypomniało jej się, jak stała z kwiatami na cmentarzu nad grobem Drake’a Rosiera. Sama. Nigdy go nie lubiła, ale nie życzyła mu też śmierci. Zrobiła krok, chcąc ułożyć kwiaty na grobie, i to był krok, w którym ta rzeczywista Victoria nie trafiła o stopień niżej, tylko o dwa niżej, kompletnie na to niegotowa. Żołądek podleciał jej do gardła i wzięła taki nagły, głęboki oddech. Idąc przed Aidanem musiała wyglądać tak, jakby miała właśnie z tych schodów spaść.