26.05.2024, 00:55 ✶
— Ty też to widziałeś, prawda? — odezwał się do Peregrinusa, gdy wyszli z transu, który przeniósł ich na chwilę do czarodziejskich zaświatów. — Tam między drzewami! — Wskazał na przestrzeń między dwoma dorodnymi pniami. — Jakby coś... się nie zgadzało?
Trudno było mu przetłumaczyć serie wrażeń, jakie wiązały się z tym widokiem. Limbo bywało przewrotne; po części stanowiło odbicie realnego świata. Wiele elementów wymiaru żywych mogła pozostawać zgodna z zaświatami np. koryta rzek czy niecodzienne ukształtowanie terenu. Te wibrowanie to było jednak coś innego. Sygnatura magiczna? Pozostałości po czymś? Echo jakiegoś człowieka, który umarł w tych rejonach, pozostawiając w sobie zdatny do odczytu z zaświatów ślad? Pokręcił głową.
— Uspokój się — mruknął, gdy Brenna zaczęła histeryzować. Bo to musiała być histeria, skoro sięgnęła po takie słowa jak ''cholera''. Gdzie się podziały takie określenia jak ''na krowie kopytko'', ''piernik jasny'', ''psiakostka'' czy ''psidwakowa kostka''? — Wprowadzasz nerwową atmosferę, a już i tak nie jest najlepsza. Na pewno ich znajdziemy. Isaaca, Patricka i tego twojego... kolegę? — Uniósł wymownie brwi. — Pani Księżyca nam sprzyja. Przez Lammas czarodzieje zapewnili sobie jej wsparcie duchowe.
Macmillan nie czytał żadnych przewodników dotyczących Windermere. Oryginalnie wpadł tutaj w odwiedziny do starego znajomego, który wybierał się do Ameryki, więc nie czuł większej potrzeby, aby zapoznawać się z historią tych okolic. Jedyne notatki, do jakich miał dostęp podczas pobytu w ośrodku, były tymi, które wyprodukował podczas swoich badań Owen Bagshot. A i tutaj obraz był stosunkowo niepełny.
— A więc mapa została z Isaaciem — odparł niemrawo, czując na sobie ciężkie spojrzenia pozostałej dwójki towarzyszy. — Może to i lepiej? Jeśli uda im się przebić dalej, to może spotkamy ich po drodze do celu.
Celem nadrzędnym Bagshota wydawało się znalezienie krewniaka i upewnienie się, że wszystko było z nim w porządku, a jak dotąd wszelkie ślady jak znaleźli, zdawały się sugerować, że rozwiązanie zagadki Windermere tkwiło gdzieś pośród tych mrocznych haszczy. Do czego to doszło, pomyślał z niezadowoleniem. Przywykł do pracy biurowej, a wszelkie wypady w teren zazwyczaj oznaczały wizytę w prywatnej posiadłości, muzeum lub ewentualnie ruinach. A tutaj miał buszować w jakimś zdziczałym, i to dosłownie, lesie.
— Ja jestem za tym, aby zaufać Limbo — rzucił, zerkając kontrolnie na kuzyna.
Wizyty w zaświatach aspirowały wprawdzie do nazwania ich przypadłości rodzinną klątwą, jednak sam fakt, że wyrwano ich z realnego świata w tej samej chwili był na tyle zaskakujący, że wypadałoby wziąć pod uwagę to co, tam zobaczyli.
Trudno było mu przetłumaczyć serie wrażeń, jakie wiązały się z tym widokiem. Limbo bywało przewrotne; po części stanowiło odbicie realnego świata. Wiele elementów wymiaru żywych mogła pozostawać zgodna z zaświatami np. koryta rzek czy niecodzienne ukształtowanie terenu. Te wibrowanie to było jednak coś innego. Sygnatura magiczna? Pozostałości po czymś? Echo jakiegoś człowieka, który umarł w tych rejonach, pozostawiając w sobie zdatny do odczytu z zaświatów ślad? Pokręcił głową.
— Uspokój się — mruknął, gdy Brenna zaczęła histeryzować. Bo to musiała być histeria, skoro sięgnęła po takie słowa jak ''cholera''. Gdzie się podziały takie określenia jak ''na krowie kopytko'', ''piernik jasny'', ''psiakostka'' czy ''psidwakowa kostka''? — Wprowadzasz nerwową atmosferę, a już i tak nie jest najlepsza. Na pewno ich znajdziemy. Isaaca, Patricka i tego twojego... kolegę? — Uniósł wymownie brwi. — Pani Księżyca nam sprzyja. Przez Lammas czarodzieje zapewnili sobie jej wsparcie duchowe.
Macmillan nie czytał żadnych przewodników dotyczących Windermere. Oryginalnie wpadł tutaj w odwiedziny do starego znajomego, który wybierał się do Ameryki, więc nie czuł większej potrzeby, aby zapoznawać się z historią tych okolic. Jedyne notatki, do jakich miał dostęp podczas pobytu w ośrodku, były tymi, które wyprodukował podczas swoich badań Owen Bagshot. A i tutaj obraz był stosunkowo niepełny.
— A więc mapa została z Isaaciem — odparł niemrawo, czując na sobie ciężkie spojrzenia pozostałej dwójki towarzyszy. — Może to i lepiej? Jeśli uda im się przebić dalej, to może spotkamy ich po drodze do celu.
Celem nadrzędnym Bagshota wydawało się znalezienie krewniaka i upewnienie się, że wszystko było z nim w porządku, a jak dotąd wszelkie ślady jak znaleźli, zdawały się sugerować, że rozwiązanie zagadki Windermere tkwiło gdzieś pośród tych mrocznych haszczy. Do czego to doszło, pomyślał z niezadowoleniem. Przywykł do pracy biurowej, a wszelkie wypady w teren zazwyczaj oznaczały wizytę w prywatnej posiadłości, muzeum lub ewentualnie ruinach. A tutaj miał buszować w jakimś zdziczałym, i to dosłownie, lesie.
— Ja jestem za tym, aby zaufać Limbo — rzucił, zerkając kontrolnie na kuzyna.
Wizyty w zaświatach aspirowały wprawdzie do nazwania ich przypadłości rodzinną klątwą, jednak sam fakt, że wyrwano ich z realnego świata w tej samej chwili był na tyle zaskakujący, że wypadałoby wziąć pod uwagę to co, tam zobaczyli.