Jakoś się podzieliły zadaniami w miarę swoich możliwości i kontaktów. Nigdy nie wątpiła w zdolności organizacyjne Brenny, nawet jeśli sprawiała wrażenie roztrzepanej. Owszem, wszędzie jej było pełno, ale według Victorii to wymagało ogromnego nakładu energii i właśnie planowania, żeby znaleźć na to wszystko czas. Organizowanie wyprawy do Afryki to zupełnie inna sprawa, zwłaszcza jeśli miały ograniczony czas i chciały e to jak najwięcej upchnąć i wycisnąć, ale w końcu im się udało – nawet jeśli większość tego czasu to sama podróż i szukanie informacji na miejscu. To nie były wakacje, ale może chociaż chwilę uda się coś pozwiedzać i zobaczyć… Victoria była też ciekawa jak na jej skórę i ogólnie na nią całą wpłynie bycie narażoną na takie wysokie temperatury, jakie bywały właśnie na Czarnym Kontynencie. Tak czy siak były przygotowane – obie. I faktycznie Victoria miała ze sobą w swojej torbie cały zapas przeróżnych eliksirów i maści, czy past, tak na wszelki wypadek… no i pieniądze. Obie były przygotowane… ale najwyraźniej nie były przygotowane na absolutnie wszystko.
– Czekaj – czas, czas, nie tak szybko! Victoria miała bardzo bystry i lotny umysł, ale tutaj ewidentnie nie nadążała. – Tak po prostu wlazłaś do tej kabiny i znalazłaś trupa? – kto inny pewnie by w tej chwili panikował, ale nie, one dwie, wciągnięte do tej surrealistycznej rozmowy, rozmawiały o tym trochę tak, jakby komentowały obecną pogodę, która swoją droga była całkiem udana. Ale gdy Brenna uchyliła drzwi, a Victoria się do nich zbliżyła, by zajrzeć do środka, i zobaczyła to, co wcześniej zobaczyła pani detektyw… Tak, gdyby to był jej pierwszy trup, to by pewnie zemdlała, albo poczułaby śniadanie nie tam, gdzie powinna. A tak… No na to już trochę jednak zobojętniała. Zaraz odsunęła się od drzwi i wzięła głęboki oddech, nie dlatego, że robiło jej się słabo, tylko modliła się o cierpliwość. Nie wiedziała, co wszechświat chciał jej przekazać, ale wpadła na to samo co Brenna – czyli, że to oznacza możliwość uziemienia ich na miejscu i ogólnie kupę niepotrzebnego bałaganu, na który zwyczajnie nie miały czasu, bo wszystko inne miały dopięte i spięte tak, że naprawdę będą go miały dla siebie niezbyt dużo.
– Zostań, lepiej ci pójdzie zagadywanie tych sióstr, żon i córek, jakby się tu miały teraz pojawić – Lestrange rozmasowała sobie nasadę nosa. – Pójdę… Pójdę do kapitana – Victoria skrzywiła się wyraźnie i odsunęła od kabiny. – W sumie nie mamy dużo czasu… A trzeba to załatwić jak najszybciej – zgadzała się z Brenną, bo taka była cholerna racja. Wygładziła jeszcze spodnie i koszulę ruchem dłoni, kompletnie niepotrzebnie, poprawiła rozpuszczone włosy i poruszała nieco mięśniami twarzy, usiłując na powrót wrócić do swojej „neutralnej” maski, odchrząknęła i ruszyła w stronę miejsca, gdzie urzędował kapitan. – Życz mi powodzenia – rzuciła jeszcze do Brenny, mając nadzieję, że facet jej nie spławi i że załapie tak szybko jak one, ile to będzie problemów dla nich wszystkich.