Czy naprawdę przysnęła? Czy mogło być tak, że przytulona do Laurenta, w tym błogostanie i pięknym otoczeniu po prostu zamknęły jej się oczy, a to wszystko, to był tylko… sen? Majaki, w których jej własna psyche chciała wrócić do innych czasów, tych beztroskich… Wtedy wszystko wydawało się być takie ważne, ale teraz wiedziała, że to było nic. Małe problemy małego i młodego człowieka. Ale czy zasnęłaby tak po prostu, gdy nawet nie była zmęczona…? Laurent mógł to sobie racjonalizować, ale przecież oboje znali prawdę: Victoria od bardzo dawna cierpiała na bezsenność i potrzebowała się wspomagać; kadziła, specjalne, magiczne jedzenie, eliksiry… Albo duże zmęczenie. Rzadko kiedy udawało jej się zasnąć tak… po prostu.
– Nie sądzę – uśmiechnęła się do niego lekko i wzięła głębszy oddech, by zaraz wypuścić powietrze przez usta i odwróciła się, ponownie patrząc na te wszystkie kwiaty. Czemu jej się to działo? To normalne – coś sobie czasami przypomnieć, ale Victorii się nie zdarzało tak mocno wyłączyć, jakby ktoś odłączył prąd, a ona była w trybie stand-by, przez wbudowane zabezpieczenia. – Nic takiego się nie działo już od dawna. Ostatnie takie miałam 17 czerwca – pamiętała tę datę doskonale, bo to wspomnienie… przeszurało nią mocno, wpłynęło na nią bardzo, zwłaszcza późniejsze analizowanie go. – Ale kiedy byłam w kowenie i rozmawiałam z kapłanką – zaczęła ostrożnie, zastanawiając się teraz nad tym wszystkim. – To sugerowała mi, że prócz tego, że coś mogłam zabrać z Limbo… to coś mogło zostać zabrane mi – a ona zdecydowanie coś zabrała z Limbo. Energię, która przyćmiła jej własną, wypełniła jej jestestwo, by mogła… żyć. I zabrała też wspomnienia swojej babci. Co w zamiast zostawiła tam? Swoją energię? Swoje wspomnienia? – Myślisz, że to mogła być równowarta wymiana? Energia za energię, wspomnienia za wspomnienia? – aż objęła się ramionami, bo nagle zrobiło jej się jeszcze zimniej niż już było. I co miała na to poradzić? Niewiele… Ale zamierzała. Ogień był życiem, był energią, a na energii znali się właśnie nekromanci. Nie tacy jak tutaj, którzy musieli się uczyć na własną rękę i bardzo pokątnie, ale tacy, którzy mieli do tego swobodny dostęp, którzy mogli eksperymentować i nikt ich za to nie karał.
– Tak, miłe – uśmiechnęła się, bo pomimo myśli, jakie krążyły jej teraz w głowie, pomimo strachu, że znowu dzieje się z nią coś złego – to wspomnienie musiało należeć do niej i było tak bardzo miłe. Tak jak miłe było towarzystwo Laurenta, zapach jego perfum i tych wszystkich kwiatów tutaj, kołyszących się delikatnie na wietrze… Fakt, niewiele rozmawiali o szkole, bo i o czym? Znali się z wtedy, wiedzieli, jacy byli… To co tu mówić – ich znajomość z wtedy, a z teraz to były dwa odrębne bieguny. – Niczego się nie spodziewamy, bo nawet nie wiemy czego się spodziewać. Mamy cztery dni na ogarnięcie wszystkiego, jeśli los nam dopisze, to może uda się znaleźć cokolwiek… Liczę na to, ale się nie nastawiam – bardzo nie chciała się rozczarować. – Niewiele mamy w tym czasu dla siebie, jeśli chcemy się uwinąć w takim czasie ze wszystkim – ale Victoria postarała się o załatwienie dla nich świstoklików i lokalnego przewodnika, który w razie czego mógłby się teleportować też z nimi. – No ale… To jeszcze dwa tygodnie – uśmiechnęła się, odkładając to wszystko na bok. – Lepiej mi powiedz jak radzi sobie Diva? I jak tobie się podoba mieszkanie z kotem po jednej nocy? – była bardzo ciekawa, jak ta kocia dama sobie poradziła z zaklimatyzowaniem się u Laurenta. Jedna noc to niewiele… a tu do tego był jeszcze wielki jarczuk. Nie pytała na razie co takiego Laurent chciał jej pokazać, bo mogli sobie przecież porozmawiać przed tym.