Skierował swoje kroki w stronę sceny, oglądając jeszcze na Victorię i Anthonyego, którzy pogrążeni byli w rozmowie. Mimo tego, że towarzystwo przyjaciółki było mu drogie to był chyba jeden z tych gorszych dni dla niego samego. Gorszych całych okresów, jakie miał ciągnących się od kilku dni, drylujących szczególnie mocno emocjonalnie. Rozglądał się nieco za znajomymi twarzami, nieco dał swoim oczom zagubić się między zabudowanymi straganami. To, że zostało to wszystko zorganizowane było cudownym przedsięwzięciem, które bardzo pochwalał, nawet jeśli sam nie przepadał za takimi wydarzeniami. Nie było takiego miejsca, w którym człowiek czuł się bardziej samotny, niż w tłumie? Było - własny dom. Chłodny i pusty, który tylko na kilka chwil można wypełnić dźwiękiem czyjegoś głosu czy śmiechu. To miejsce zaś wrzało od głosów i śmiechów, był przy tym pewien, że wiele z nich skierowałoby się ku niemu, gdyby tylko podszedł, zagadał, uśmiechnął się. Tylko że tutaj nie dało się wyciszyć wszystkiego wokół. Nie dało się nie chłonąć rzeczywistości wciskającej się do kącików oczu, jakby spojówki miały zostać wypalone światem, w którym kot to twoje najlepsze towarzystwo. Kot, pies, abraksan - wybierz sobie jedno z nich, albo w ogóle zabierz całą paczkę. Tak też będzie dobrze.
Chciał podejść do cyrku, sprawdzić, w jakich godzinach miały się odbyć te przedstawienia. Z tą kręcącą się jak wściekły szerszeń myślą, że chciałby zaśpiewać. Mankament był bardzo duży - zdecydowanie jego pojawienie się w cyrku nie pozostawiło dobrego pierwszego wrażenia... ale to, co ściskało jego żołądek nie było to wrażenie i wkurw Fleamonta, któremu na moment te nerwy zalały czerwienią rzeczywistość. Żołądek ściskała my myśl, że ten wizerunek był podtrzymywany. To, że w ogóle tutaj podszedł było spowodowane myślą, że przecież nie zrobiłby tego. Tą durną, wiecznie naiwną wiarą w ludzi. W ich sprawiedliwość, w to, że nie każda akcja tworzyła złą reakcję. Kto jak kto, ale Crow nie byłby obłudny? Ha! Kto jak kto, ale Crow właśnie obłudny był, prawda? Nie dopowiadał, pozwalał kłamstwu funkcjonować, a kiedy w końcu wyspowiadał się przed Alexandrem to rzecz okazała się nadal niejasna. Tak słodka obietnica o mariażu zamieniła się w struchlałość o przyszłość. Kogo wina? Ile w tym fałszu?
Piękna Diva, kocica w jego dłoniach, gubiła kolejne kłaki pod wpływem głaskania jej przez dłoń Laurenta monotonnym ruchem, kiedy blondyn zatrzymał się z ciekawością przed tymi stoiskami trupy cyrkowej, a konkretnie przed Alexandrem z jego kartami. Wróżbici otaczali go zewsząd - jeśli nie jasnowidzenie to zdolność przepowiedzenia przyszłości nawet z fusów kawy mnożyła możliwości, więc nie brakowało mu tego. Zawsze go to ciekawiło - możliwość zajrzenia w to, co będzie. Tak więc i ciekawość ta sprawiła, że przystanął przy tym miejscu. Iloraz tragedii zakręcił jego myślą przy Godricku Longbottomie, wuju Brenny, którego ciało, albo raczej jego resztki, odnalazł w lesie. Tym samym, po którym później węszyła Brenna czegoś szukając. Tragedia, bo kto myśli o zmarłych, kiedy ma przed oczami żywych?
- Wróży pan? - Zapytał śpiewnym głosem, podchodząc kawałek z tą bajeczną, magiczną kotką w ręku. Z nią w komplecie już musiał wyglądać jak typowy dzieciak bogatej rodziny, co zadziera nosa swoim statusem.