To było jak stanąć przed Bramą Prawdy i poznać największe Tajemnice Wszechświata. I za tą wiedzę – coś ci zabrano. Uśmiechali się do ciebie, zachęcali, byś został i poczekał tam też na innych, bo i na nich przyjdzie czas… wspomnienia przelatywały przed oczami, słychać było bicie bębnów, a ogień pokazywał sceny z życia: ten taniec, bo życie było tańcem, taniec wokół wielkiego ogniska, taniec w rytm muzyki wygrywanej przez kapłanów, taniec z osobą, której wręczyło się wianek zapleciony z czystych intencji, taniec po tym, jak został rzucony na pal, taniec, śmiech, uderzenie w bęben jak uderzenie serca, włosy mieniące się płomieniem, ale wcale nie płonące… Victoria wzięła kolejny głębszy oddech. Czy wzięła udział w nekromantycznej magii, nie mając o tym nawet pojęcia? Czy samo wejście w ten ogień, przejście pomiędzy światami – czy to był już rzucony czar? Nikt nie powinien tam wchodzić… i nie weszliby, gdyby przed oczami nie zobaczyła tej rudowłosej kobiety, która tak potrzebowała pomocy, i Voldemorta.
Ach. Aż poruszała głową niczym pies otrzepujący się z kropel wody, tylko że aurorka nie była mokra. Victoria zawiesiła się na moment w zamyśleniu na słowa Laurenta. Próbował swoją energię przelać na Atreusa i się nie udało? Ale Cynthia… Cynthia była w stanie to zrobić z Victorią, czuła wtedy to ciepło i… czy to możliwe że panna Flint była znacznie bardziej wprawiona w sztuce nekromancji i dlatego…? I nawet ona miała problem coś na to poradzić. Victoria przez moment ze sobą walczyła.
– To… nie do końca prawda – powiedziała cicho. Nie zamierzała oczywiście zdradzać tożsamości Cynthii, nie dlatego, że nie ufała Laurentowi, a dlatego, że Cyna ją o to prosiła – i nie bez powodu. – Miałam kontakt z nekromantą tutaj w Anglii – powiedziała powoli i zawinęła kosmyk włosów na palec. – I był w stanie na moment wymienić tę energię… albo raczej przekazać swoją, nie jestem pewna co dokładnie. Wtedy poczułam to ciepło, przez chwilę – dodała i puściła w końcu swoje włosy, by spojrzeć na Laurenta. – Przypadek Atreusa jest inny. On… on nie doświadczał wspomnień. Ja, Mavelle i Patrick tak, ale nie Atreus. Może był tam zbyt krótko, bo dołączył do nas pod koniec tego wszystkiego… a może kapłani w kowenie zrobili coś, co na to wpływa. Dam sobie rękę odciąć, że Isobell Macmillan była wyszkolona w nekromancji – już nie że dałaby sobie uciąć paznokcia, jak zwykle mówiła. Nie. Tego była bardziej niż pewna. Ale Isobell podobno odbiło po Lithcie, więc nie mieli się z nią jak skontaktować.
– Ooch, naprawdę? – ożywiła się nieco i zmrużyła oczy w uśmiechu. Randka… sama nie pamiętała, kiedy ostatnio była na randce, ale chyba takie miało być jej parszywe życie. To jednak, że Laurent randkowo pościł było dla niej trudne do uwierzenia, i miała już pytać z kim, ale ją ubiegł. – No dobrze, dobrze, rozumiem. W takim razie życzę ci powodzenia i mam nadzieję, że się nie zawiedziesz. Dasz mi znać jak się udało? – wyciągnęła rękę by złapać go za dłoń i ścisnąć, by dodać mu otuchy. – Potrzebujesz porady stylistycznej? – zapytała też zaraz, bo przyszło jej do głowy, że to po to ją tutaj ściągnął. – Gdzie idziecie? – do restauracji? Galerii sztuki? Do klubu? Na jakąś przejażdżkę? Opcji było sporo. Ona sama była umówiona na wieczór… późny wieczór, ale nie było się czym chwalić, bo miał przyjść do niej cholerny Stanley Borgin i jego problem czarnych zębów.
– Hahahaha, a to niezła damulka. Wiesz co, jak tak na was patrzyłam, to jak na moje to gdybyś ty był kotem, to byłbyś nią – roześmiała się, żartując sobie oczywiście z Laurenta… ale naprawdę coś w tym było. – Biedne te kociaki. Naprawdę dobrze, że Figgowie przynieśli je na ten jarmark, na pewno znalazły kochających właścicieli – ją to na przykład absolutnie rozczuliło i po prostu MUSIAŁA wziąć tamtego kota do domu. Ciekawa była tylko co na to powie Sauriel jak przyjdzie pilnować Lunę, a tu o, drugi kot. To wyglądało trochę jakby Victoria wyfrunęła z gniazdka i kremowe piwo uderzyło jej do głowy.
– Co chciałeś mi pokazać? – zapytała w końcu.