W gruncie rzeczy przecież, tkwiła niewzruszona nad małostkowościami wyścielającymi ziemski padół, ten powleczony szatą nocy, o guzikach uczynionych ze skrzących się gwiazd; nie obchodziły ją fakty powierzchowne, a nieodzownie wyczulony welon istotności spływał miękko po długich włosach, zatrzymując się na rozwichrzonej grzywce. Obrzydzały ją do cna ludzkie sprawy, plotki, znajomości, bankiety – na tych ostatnich pojawiała się jedynie, aby nanosić na nazwisko Blacków szramę wstydu, ku bolączce jej matki. W gruncie rzeczy przecież, interesowała się jedynie sobą oraz własnym interesem – nie potrzebowała poklasku, nie potrzebowała niczego, nie potrzebowała nikogo. Będąc samotnym wilkiem, błąkającym się gdzieś na przestrzeni ludzkiego jestestwa, trawiona wizjami płodzonymi przez jasnowidztwo, usuwała się w cień cała; razem ze swoją cyniczną osobą, bynajmniej niejednającą jej ludzi.
Nawet wymuszane uśmiechy stawały jej kością w gardle, kąciki ust więc unosiła odświętnie, przybierając je z równym dysgustem, co długie, balowe sukienki. Nie nosiła się w końcu jak jedna z opiewanych dam, karmiących kokieteryjną kurtuazją każdego pośród dusznej ciżby ludzkiej. Było wręcz na odwrót; usuwała się w półmrok zakamarków, jedynie aby wychylić się z nich jak rozjuszona kobra ze szklanką krwiście czerwonego wina w dłoni.
Odgarnęła niepokorne kosmyki grzywki za ucho, mrużąc oczy jedynie nieznacznie, nieoceniająco, jak to miała w chyżym zwyczaju. Umościła łokcie na lśniącym blacie stołu, aby po chwili podbródek oprzeć na splecionych w palcach dłoniach.
Jego słowa obudziły jedynie melodramatyczne – a do melodramatów uciekała się wyjątkowo rzadko – przewrócenie oczyma, z którym w tango poszło lekkie kopnięcie mężczyzny pod stołem.
– Nawet położona w trumnie bym cię ograła. A moje niechlubne momenty zostaw dla siebie, Yaxley, bo okrzyknę je pomówieniami – rzekła, utrzymując postawę stalową, niewzruszoną, zupełnie jak te posągi bogiń greckich, do których urokliwości z pewnością było jej daleko.
– Zaryzykujmy – rzekła ze zbolałym cieniem rzucającym się na zdrowy rozsądek; whisky nigdy jej nie służyła, zawsze wieńczyła poranki srogim kacem i dniem wyciągniętym z życiorysu – ot, na odchorowanie pomyłek, które młodość wytaczała przed nią gładkim pasem startowym.
Gdy Theon wrócił z baru, bogaty w dwie szklanki rubinowej cieczy chyboczącej się niebezpiecznie po ściankach szkła, prędko chwyciła tę i umoczyła w niej usta, puentując krasę alkoholowej rozpusty rozlewającej się po przełyku nikłym grymasem.
– Będziesz mnie zbierał z podłogi – skwitowała. – Daję sobie trzy szklanki i skończę pod stołem. Pilnuj tylko abym zachowała fason wrednej baby, żadnego tańczenia na stole nie będzie – dodała, odkładając szklankę na blat.