27.12.2022, 16:20 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.12.2022, 16:20 przez Victoria Lestrange.)
Była w tym pewna racja; niektórzy samą swoją aparycją wręcz krzyczeli, że jeśli nie będziesz ostrożny, to zrobią ci krzywdę. A niektórzy… Jak te bezbronne baranki, puchate owieczki, bułki cynamonowe. Victoria nie wierzyła, że wyglądała jak taka bułka – była na to zbyt zimna. Zbyt… Może nie wyrachowana, ale jej nienaganność, schludny strój na co dzień, mundur, idealnie spięte włosy, makijaż – wszystko to mówiło, ze jest sztywna jak człowiek, który spojrzał w oczy bazyliszka. Napięta jak cięciwa łuku centaura. Ale kiedy poluzowała ciasno spięte włosy, kiedy rozpięła guziki koszuli, kiedy zmieniła spodnie na sukienkę i to taką… bardziej frywolną, kiedy pozbyła się marynarki, ewentualnie gorsetu sukni – wtedy rzeczywiście mogła przypominać zupełnie inną osobę. Nic dziwnego, że Rookwood na moment zgłupiał. A może głupiał nadal.
- O na pewno nie moi rodzice. Moja mama by chyba pękła, jakby miała zdrobnić moje imię – Victoria uśmiechnęła się pod nosem. Tę sztywność miała właśnie po niej. - Szczerze mówiąc, to prawie nikt tak do mnie nie mówi. Zazwyczaj to pełne imię, albo Vicky. A ja jak mam mówić do ciebie w razie czego? Te wszystkie kochania to mi przez gardło nie przejdą, wybacz – ona nie wiedziała czego oczekiwał on, ale sama też postawiła sprawę jasno.
- Nie martw się, umiem o siebie zadbać. Papieru nie dają za ładne oczy – a żeby zostać aurorem, trzeba było w szkole bardzo dobrze zdać kilka kluczowych przedmiotów i egzaminów. Trzeba było mieć też samozaparcie. Trzeba było być kreatywnym – a przynajmniej się to przydawało. I tak jak Victoria potrafiła sobie wyczarować wazonik z wodą na kwiaty, tak potrafiła się ogrzać. - Zostało? A próbujesz się tego wyzbyć? – nie przyzwyczajaj się. Znowu to. Więc miała zakładać, że w małżeństwie nic co z nią związane nie będzie go interesować? Będą sobie, będą osobną, będą się mijać, a małżeństwo będzie na papierze? Lestrange zaczęła się zastanawiać, ile czasu coś takiego w ogóle zniesie.
- Nie mów o tym głośno, to nielegalna umiejętność – trochę jak animagia, tylko gorzej. Była zaskoczona, że w ogóle jej o tym wspomniał: jej, urzędasowi. Ale szczerze, to nie było tak, że uważała, że każdy musi przestrzegać prawa i jak tylko widziała jego łamanie, to zamierzała donosić. Niech się o to martwią osoby, które są za to odpowiedzialne, ją to w tym momencie mało obchodziło… tak długo, jak Sauriel nie próbował jej grzebać w myślach. - Nielegalna i trudna do opanowania. Ale jakże przydatna… - powiedziała już ciszej, i jakby bardziej do siebie.
Pierwsze wrażenie było ważne. Gdyby teraz Victoria okazała zawahanie, to byłaby bardziej podejrzana niż już była. Od dziecka jednak była wychowywana tak, że potrafiła patrzeć z góry na wszystko i wszystkich, poruszać się gdzieś, jakby była stałym bywalcem – z pewnością siebie. I równie pewna siebie spojrzała do tyłu, bardzo krótko, czy Sauriel za nią wszedł, a chwilę potem bardzo pewnie przeszła przez pub, zręcznie omijając stoliki, i usiadła przy barze, gdzie zapytana co podać rzuciła tylko krótkie: miód. Lubiła miód pitny, zwłaszcza ten przyprawiany i beczkowany. A po chwili namysłu dodała, że poprosi też whiskey. Dla Sauriela. Bo tyle o nim wiedziała – że lubił.
- O na pewno nie moi rodzice. Moja mama by chyba pękła, jakby miała zdrobnić moje imię – Victoria uśmiechnęła się pod nosem. Tę sztywność miała właśnie po niej. - Szczerze mówiąc, to prawie nikt tak do mnie nie mówi. Zazwyczaj to pełne imię, albo Vicky. A ja jak mam mówić do ciebie w razie czego? Te wszystkie kochania to mi przez gardło nie przejdą, wybacz – ona nie wiedziała czego oczekiwał on, ale sama też postawiła sprawę jasno.
- Nie martw się, umiem o siebie zadbać. Papieru nie dają za ładne oczy – a żeby zostać aurorem, trzeba było w szkole bardzo dobrze zdać kilka kluczowych przedmiotów i egzaminów. Trzeba było mieć też samozaparcie. Trzeba było być kreatywnym – a przynajmniej się to przydawało. I tak jak Victoria potrafiła sobie wyczarować wazonik z wodą na kwiaty, tak potrafiła się ogrzać. - Zostało? A próbujesz się tego wyzbyć? – nie przyzwyczajaj się. Znowu to. Więc miała zakładać, że w małżeństwie nic co z nią związane nie będzie go interesować? Będą sobie, będą osobną, będą się mijać, a małżeństwo będzie na papierze? Lestrange zaczęła się zastanawiać, ile czasu coś takiego w ogóle zniesie.
- Nie mów o tym głośno, to nielegalna umiejętność – trochę jak animagia, tylko gorzej. Była zaskoczona, że w ogóle jej o tym wspomniał: jej, urzędasowi. Ale szczerze, to nie było tak, że uważała, że każdy musi przestrzegać prawa i jak tylko widziała jego łamanie, to zamierzała donosić. Niech się o to martwią osoby, które są za to odpowiedzialne, ją to w tym momencie mało obchodziło… tak długo, jak Sauriel nie próbował jej grzebać w myślach. - Nielegalna i trudna do opanowania. Ale jakże przydatna… - powiedziała już ciszej, i jakby bardziej do siebie.
Pierwsze wrażenie było ważne. Gdyby teraz Victoria okazała zawahanie, to byłaby bardziej podejrzana niż już była. Od dziecka jednak była wychowywana tak, że potrafiła patrzeć z góry na wszystko i wszystkich, poruszać się gdzieś, jakby była stałym bywalcem – z pewnością siebie. I równie pewna siebie spojrzała do tyłu, bardzo krótko, czy Sauriel za nią wszedł, a chwilę potem bardzo pewnie przeszła przez pub, zręcznie omijając stoliki, i usiadła przy barze, gdzie zapytana co podać rzuciła tylko krótkie: miód. Lubiła miód pitny, zwłaszcza ten przyprawiany i beczkowany. A po chwili namysłu dodała, że poprosi też whiskey. Dla Sauriela. Bo tyle o nim wiedziała – że lubił.