27.05.2024, 18:02 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.06.2024, 10:59 przez Rodolphus Lestrange.)
Wejście do ogrodu, na zewnątrz
Stoi jak kołek
Stoi jak kołek
Czerwień i szkarłat... Te dwie barwy wyjątkowo przypadły mu do gustu, z niewiadomych przecież powodów. Rodolphusowi niezbyt uśmiechało się brać udział w tym ślubie - nie dlatego, że nie lubił Perseusa czy Vespery, bo po prawdzie to tak naprawdę ich nie znał. Był o tyle blisko od napisania kilku słów przeprosin spowodowanych nieobecnością, ale akurat w momencie gdy kończył list, sowa zapukała do okna mieszkania, w którym aktualnie przebywał. Nie miał wyboru: jeżeli ojciec z różnych powodów nie był w stanie zjawić się na weselu, a on sam poniekąd wciąż miał oficjalnie szansę (czy też okazję) stać się z Blackami rodziną, to musiał przyjść chociaż na chwilę. Plan był prosty - podczas uroczystości trzymał się z boku, potem podszedł do młodych i złożył im stosunkowo oszczędne gratulacje, zastanawiając się przy okazji, czy Perseus został uświadomiony o pewnych... Problemach, które pojawiły się między nim a Trix. Doszedł jednak do wniosku, że nie mógł o tym słyszeć: wtedy na pewno nie dostałby zaproszenia. Zostanie chwilę, pokaże się, a potem po prostu wyjdzie po angielsku. Plan doskonały.
Młody Lestrange odłożył prezent w wyznaczonym miejscu, lecz zamiast do sali bankietowej wyszedł do ogrodów. Ścisk i tłok nie działały na niego dobrze. Z boku mignęła mu sylwetka Laurenta Prewetta. Wiedział, jak wygląda - nie tylko przez ten nieszczęsny wywiad i abstrakcyjną sytuację z atakiem na jego konie, ale też z własnego rozpoznania. Westchnął ciężko, bo podejrzewał, że większość ludzi będzie w środku, a on będzie mógł rozkoszować się samotnością. Czasem żałował, że nie pali - miałby idealną wymówkę, dlaczego stoi sam. Bo gdyby ktoś go zapytał, to co by odpowiedział? Że się chowa? No oczywiście że nie. Miał to szczęście, że Prewett go nie znał, więc nie podejdzie. W ogóle ryzyko, że ktokolwiek go zaczepi, było raczej znikome, a przynajmniej miał ogromną na to nadzieję. Przeniósł wzrok w kierunku namiotów cyrkowych. Trzeba było przyznać, że Blackowie jak coś robili, to robili z rozmachem. Obserwował ogrody, próbował rozeznać się w rozmieszczeniu ławek i ewentualnych poszczególnych atrakcji, żeby wiedzieć, kiedy i gdzie należy będzie spierdalać, jak się coś zacznie, jak to na pretendenta do kija w dupie przystało. Liczył też, że oprócz Blackówny uda mu się uniknąć Chestera, który - powiedzmy sobie szczerze - nie zrobił na nim oszałamiającego pierwszego wrażenia w czerwcu, gdy poszli pooglądać sobie miejsce, w którym prawie zmarła jakaś kobieta.