27.05.2024, 18:34 ✶
Widownia, a później ruszam w kierunku namiotów za sceną.
Flynn impulsywnie rozchylił usta, nieco oczarowany, a nieco... zbity z tropu. Przyzwyczaił się przecież do tego, że to on był tym hałaśliwym człowiekiem rzucającym nachalne, dwuznaczne myśli, powstrzymującym się w swoich miłosnych podbojach właściwie tylko przez dobór partnerów - chcieli się z tym ukrywać, no to się ukrywał. (No dobra, z wyjątkiem tego jednego, felernego dnia z Norą Figg - ale ona nikomu tego nie powie, prawda? PRAWDA?) Nietrudno było opanować miękkie do tego podejście w przyspieszonym tempie, kiedy na jaw wyszło, jaką był szują. Wyprostował plecy, przygryzając wargę i wpatrując się w Isaaca wciąż gorzko, ale z jakąś taką iskrą w oku - był w końcu lokalnym ucieleśnieniem złych decyzji, ostatnią osobą, z którą chciała zobaczyć cię twoja matka, ale jak smakował i obietnicę tej rozkoszy nosił w tych oczach właśnie, nawet jeżeli były pieruńsko smutne.
Chciałby rozpalić męskie serca. Dokładnej pisząc: dwa męskie serca. Męskość tych serc wynikała z kompletnego przypadku, wydawało mu się generalnie, że to, co czyniło człowieka atrakcyjnym, było czymś o wiele głębszym i złożonym niż jego płeć, ale nie otworzył gęby i nic nie powiedział. Co miał mu powiedzieć: że rozpali wszystkich? Albo, że takich pięknisiów jak on to już w szczególności? Ah, zamiast tego zmrużył oczy, uśmiechając się bezczelnie i czarując go woalką ciemnych, ślicznych rzęs. Bagshot wciąż mu się nie podobał - wciąż za wysoki, wciąż za dobrze ubrany i wciąż za pogodny - takie uśmiechy go przerażały, ludzie pokroju Bella wyżerali dusze tych tonących w bezkresnej rozpaczy, inaczej ciężko im było znaleźć sobie miejsce u czyjegoś boku. Brak uznania go za atrakcyjnego na pierwszy rzut szczurzego oka nie czyniło go jednak odpornym na ten czar, nawet mimo pamiętania jak tego typu pokusa zaprowadziła go dwa dni temu na skraj śmierci. Mimowolnie nabrał powietrza w płuca i napiął się, a rumieniec będący skutkiem wypicia alkoholu w letni poranek poszerzył się nieco, nadając przykrywającej jego twarz czerwieni odrobinę wulgarności. Jim pieprzył więc swoje tekściki o Jezusie zbawicielu (chyba, poznawał to po tonie, na moment przestał go słuchać) a on się w tego Isaaca wpatrywał natrętnie, czując na sobie jego spojrzenie - trafił swój na swego - gdyby nie starszy brat ciągnąłby go właśnie za krawat i pytał go co on sobie kurwa myśli, puszczając do niego oczka i posyłając mu takie wesołe miny, ale tylko dlatego, że nic tak dobrze nie nakręcało jak odpowiednio intensywna sprzeczka i krzyk. Coś tam coś tam, biedne Żydowskie dzieci (coś takiego na pewno istniało?), trochę jak brzęczenie muchy w tle, kiedy Flynn zastanawiał się, czy ten pisarzyna również zastanawiał się, jak by to było spotkać go tutaj, gdyby miał na sobie jeszcze mniej niż teraz. Gdyby się nie ubrał jak człowiek wyzwolony, tylko już jak taka kompletna, skończona kurwa.
Powinien zacząć się leczyć.
- Trochę ciężko będzie ci klaskać jedną ręką - zauważył inteligentnie, wyciągając sobie z kieszeni lizaka, którego wpakował do ust. Następnie wzruszył ramionami i ruszył przed siebie, odwracając się na sekundę tylko po to, żeby zobaczyć czy uda mu się przynajmniej jednego papierosa z tej paczki podwędzić, bo z całym szacunkiem do Jima - co to miało być, to on był potrzebujący.
Rzut Z 1d100 - 68
Sukces!
Sukces!
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.