27.12.2022, 18:21 ✶
Papuga może rzeczywiście bardziej by się nadawała na animagiczną formę Brenny. Przynajmniej mogłaby wciąż gadać i nie wyglądałoby to ani trochę nienaturalnie. Pomijając, że te ptaki powtarzały jedynie zasłyszane słowa. Ciekawe, jakby to wyglądało z czarodziejem i czy czułby się głupio, gdyby okazywało się, że dźwięki same wydobywają się z jego ust… to znaczy dzioba.
- To nie nasze – stwierdził Fergus, przyglądając się zielonemu skrawkowi materiału. – Ojciec wymyślił sobie granatowe szaty robocze, chyba że mój wujek przebierał się na zapleczu, ale raczej przeklinałby tak, że słyszałaby go cała Pokątna, gdyby rozdarł sobie ubranie o wystające gwoździe – wyjaśnił jeszcze, nim zjawił się jego rodzic, zmieniając całkiem temat tej dyskusji.
Gapiąc się na swojego ojca opowiadającego o różdżkach i sąsiadach, nawet nie spostrzegł się, że Brenna znów stała przed nimi w swojej właściwej formie. Wzdrygnął się na jej głos, którego się nie spodziewał. Ale z drugiej strony co miała zrobić? Wyć niczym do księżyca, licząc na to, że którykolwiek zrozumie, co chciała przekazać?
- Musi pani jednak uważać, panno Longbottom – uprzedził pan Ollivander, zbliżając się do kobiety. – Różdżki potrafią być kapryśne z powodu zazdrości. Aktualna mogłaby się przestraszyć, że chce ją pani zastąpić.
Kiedy Fergus był mały, dziwił się, że jego ojciec traktował różdżki jak innych ludzi. Teraz jednak wiedział, że każda z nich miała swój niepowtarzalny charakter i dopasowywała się do właściciela na podstawie jego własnych cech. Były jednymi z tych artefaktów, o których mówiło się, że mogły posiadać własne mózgi. Jak na to, ile pracy trzeba było włożyć nie tylko w zdobycie materiałów, ale też stworzenie takiego przedmiotu, boleśnie łatwo się je niszczyło. Patrząc na te połamane, bezwartościowe patyki, miał wrażenie, że cofnął się w czasie o dwadzieścia lat i ktoś zniszczył mu ulubiony obrazek. Mógł nie znosić tej pracy, ale jej efekty dawały satysfakcję, zwłaszcza gdy kolejne pokolenia czarodziejów przychodziły tu w poszukiwaniu wsparcia do ujarzmienia swojej mocy. Aż dziw brał, że nikt jeszcze nie wpadł na to, że Ollivanderowie mieli całkiem dobry rejestr potencjalnych umiejętności tych młodych osób.
- Może zrobił to dla zmyłki – zażartował Fergus na wspomnienie o perfumach. – Nie wiem, co to za zapach, ale jeśli nie należał do jakiejś klientki, to może Potterowie robią jakiś spis klientów i dałoby się trafić na tę osobę – zasugerował, chociaż wątpił, by magiczne drogerie aż tak zastanawiały się nad swoją klientelą, jak oni.
- Żaden problem, panno Longbottom – odpowiedział starszy Ollivander, ciągnąc syna za łokieć w kierunku drzwi. Fergus nie miał pojęcia, co planowała Brenna i kusiło go, żeby to obejrzeć, ale jeśli rzeczywiście miałby przeszkadzać w odnalezieniu sprawcy włamania, musiał odpuścić. Zresztą, mógł wykorzystać tę chwilę na świeżym powietrzu.
Stojąc przed sklepem w towarzystwie ojca i młodszego brygadzisty, wygrzebał z kieszeni paczkę papierosów. Nie zdążył jednak wyjąć nawet jednego z nich, bo oberwał różdżką po rękach, więc skrzywił się i mruknął coś pod nosem.
- Mówiłem ci, żebyś nie palił – pouczył go ojciec, marszcząc brwi w zdenerwowanym spojrzeniu. – Cały sklep potem śmierdzi tytoniem, wytrzymać nie idzie w tym smrodzie. Mam rację, panie Sadwick? – zwrócił się pod koniec do drugiego mężczyzny, choć nadal wygrażał palcem swojemu synowi.
Fergus skrzyżował tylko ręce na piersi, całkiem niepocieszony i wbił wzrok w odłamki szkła po ich szybie witrynowej. Nie miał zielonego pojęcia, co kombinowała Brenna, ale ufał, że rozwiąże to szybko.
- To nie nasze – stwierdził Fergus, przyglądając się zielonemu skrawkowi materiału. – Ojciec wymyślił sobie granatowe szaty robocze, chyba że mój wujek przebierał się na zapleczu, ale raczej przeklinałby tak, że słyszałaby go cała Pokątna, gdyby rozdarł sobie ubranie o wystające gwoździe – wyjaśnił jeszcze, nim zjawił się jego rodzic, zmieniając całkiem temat tej dyskusji.
Gapiąc się na swojego ojca opowiadającego o różdżkach i sąsiadach, nawet nie spostrzegł się, że Brenna znów stała przed nimi w swojej właściwej formie. Wzdrygnął się na jej głos, którego się nie spodziewał. Ale z drugiej strony co miała zrobić? Wyć niczym do księżyca, licząc na to, że którykolwiek zrozumie, co chciała przekazać?
- Musi pani jednak uważać, panno Longbottom – uprzedził pan Ollivander, zbliżając się do kobiety. – Różdżki potrafią być kapryśne z powodu zazdrości. Aktualna mogłaby się przestraszyć, że chce ją pani zastąpić.
Kiedy Fergus był mały, dziwił się, że jego ojciec traktował różdżki jak innych ludzi. Teraz jednak wiedział, że każda z nich miała swój niepowtarzalny charakter i dopasowywała się do właściciela na podstawie jego własnych cech. Były jednymi z tych artefaktów, o których mówiło się, że mogły posiadać własne mózgi. Jak na to, ile pracy trzeba było włożyć nie tylko w zdobycie materiałów, ale też stworzenie takiego przedmiotu, boleśnie łatwo się je niszczyło. Patrząc na te połamane, bezwartościowe patyki, miał wrażenie, że cofnął się w czasie o dwadzieścia lat i ktoś zniszczył mu ulubiony obrazek. Mógł nie znosić tej pracy, ale jej efekty dawały satysfakcję, zwłaszcza gdy kolejne pokolenia czarodziejów przychodziły tu w poszukiwaniu wsparcia do ujarzmienia swojej mocy. Aż dziw brał, że nikt jeszcze nie wpadł na to, że Ollivanderowie mieli całkiem dobry rejestr potencjalnych umiejętności tych młodych osób.
- Może zrobił to dla zmyłki – zażartował Fergus na wspomnienie o perfumach. – Nie wiem, co to za zapach, ale jeśli nie należał do jakiejś klientki, to może Potterowie robią jakiś spis klientów i dałoby się trafić na tę osobę – zasugerował, chociaż wątpił, by magiczne drogerie aż tak zastanawiały się nad swoją klientelą, jak oni.
- Żaden problem, panno Longbottom – odpowiedział starszy Ollivander, ciągnąc syna za łokieć w kierunku drzwi. Fergus nie miał pojęcia, co planowała Brenna i kusiło go, żeby to obejrzeć, ale jeśli rzeczywiście miałby przeszkadzać w odnalezieniu sprawcy włamania, musiał odpuścić. Zresztą, mógł wykorzystać tę chwilę na świeżym powietrzu.
Stojąc przed sklepem w towarzystwie ojca i młodszego brygadzisty, wygrzebał z kieszeni paczkę papierosów. Nie zdążył jednak wyjąć nawet jednego z nich, bo oberwał różdżką po rękach, więc skrzywił się i mruknął coś pod nosem.
- Mówiłem ci, żebyś nie palił – pouczył go ojciec, marszcząc brwi w zdenerwowanym spojrzeniu. – Cały sklep potem śmierdzi tytoniem, wytrzymać nie idzie w tym smrodzie. Mam rację, panie Sadwick? – zwrócił się pod koniec do drugiego mężczyzny, choć nadal wygrażał palcem swojemu synowi.
Fergus skrzyżował tylko ręce na piersi, całkiem niepocieszony i wbił wzrok w odłamki szkła po ich szybie witrynowej. Nie miał zielonego pojęcia, co kombinowała Brenna, ale ufał, że rozwiąże to szybko.