Spanikowała, gdy jej zaklęcie nie wyszło. Czy teraz czeka ją taki sam los jak brygadzistę? Gałęzie zaczną się wokół niej owijać coraz ciaśniej i ciaśniej...? Ale nie. Ta gałązka była delikatna. A tajemniczy głos znów się odezwał.
— Nie walczę o nich, walczę dla siebie — odpowiedziała szeptem zgodnie z prawdą. Nie obchodził ją los tych innych ludzi. Nie znała ich. Ale gdyby udało jej się mieć jakiś wkład w uratowanie ich i z tego powodu jej nazwisko pojawiłoby się w Proroku...
— Kim jesteś?
Nie mówiła głośno, by reszta jej nie usłyszała. Skoro nie mogła dostrzec właściciela głosu, podejrzewała, że tylko ona mogła go słyszeć, a nie chciała wyjść na wariatkę. Chociaż pomimo swojego doświadczenia, na widok Alexandra pomyślała jedno — wariat.
— Byłyśmy w tym małym miasteczku obok... Dowiedziałyśmy się trochę o tym całym Bagshocie. Badał, dlaczego dżuma i inne takie omijały tą okolicę — streściła Ambrosii. — Ale to chyba nie czas na takie rozmowy...
Chciała uciąć konwersację z powodu tajemniczego głosu, by mieć pewność, że go usłyszy. Pomimo jego przychylności, cały czas stawiała drobne i ostrożne kroczki kierując się tyłem do Morpheusa. Różdżka bez przerwy w pogotowiu.