27.05.2024, 19:14 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.05.2024, 19:18 przez Lorien Mulciber.)
Nie wnikała w szczegóły, bo te jej po prostu absolutnie nie interesowały. Miała swoje własne zajęcia w Londynie - kwestie niecierpiące zwłoki związane z powrotem do pracy; odwiedzenie rodziców i nieco dalszej rodziny; miliony małych spraw, którymi powinna się zająć natychmiast. Świeczkowo-kadzidełkowym biznesem Mulciberów nie zajmowała się nawet w kwestiach prawnych. I wolała, żeby tak pozostało.
Uzyskując potwierdzenie zarówno od Roberta jak i Richarda, skinęła tylko głową. Okej, zakodowane. Nie będzie ich. Jeśli jednak miała w tym czasie robić za niańkę dla dzieciaków… To już lepiej byłoby młodzież zabrać ze sobą i zamknąć na czas podróży w jakimś pierwszym lepszym igloo.
Obserwacja otoczenia była pierwszą, bardzo bolesną lekcją przez którą przechodził chyba każdy trybik w machinie Ministerstwa Magii. Robił to Richard wiedziony przyzwyczajeniami; robiła to też Lorien - analizując przebieg spotkania jakby było ciekawą rozprawą sądową. Najuważniej obserwowała z tego wszystkiego Roberta - najpierw: bo nijak nie reagował na wyskoki dzieciaków; potem: bo zaczął reagować tylko na to jedno… a może nie jedno?
Zbyt wiele elementów pasowało do siebie niczym w skomplikowanych puzzlach. Wywołana do tablicy za te całe obserwacje - pewnie by się uśmiechnęła ckliwie i rzuciła tylko tekstem w stylu “Oh, ma mio marito è belloccio e sexy”, wracając jak gdyby nigdy nic do picia stygnącej kawy.
Słuchała w milczeniu tyrady o zachowaniu przy stole, tym razem bacznie obserwując Charles’a i Leonarda. Łatwo byłoby ich sobie wyobrazić przykutych do krzeseł w sali Wizengamotu, oczekujących na wyrok. Pozwoliła przez chwilę myślom pobłądzić w tym kierunku. Pozytywne myśli zawsze działały cuda na jej migreny.
Można było nawet w tym wszystkim zapomnieć, że Lorien nadal siedziała przy stole. Dopiero stuknięcie pustej filiżanki o spodek przypomniało pewnie co poniektórym o tym, że wciąż jest obecna.
Jeśli chłopcy spodziewali się jakiegokolwiek wstawiennictwa czy obrony ze strony ciotki - no niestety mogli się tego nie doczekać. Znikąd pomocy, znikąd ratunku.
Zanim jednak Robert zdążył na nowo wrócić do swojego nieszczęsnego śniadania, Lorien nachyliła się do niego. Złapała delikatnie męża za przedramię, przysuwając się wystarczająco, żeby tego co szepnie nie usłyszał nikt. Zapach świeżej kawy mieszał się z jej jaśminowymi perfumami, a proste, czarne włosy zasłoniły jej twarz wystarczająco, by nawet sprawne czytanie z ruchu warg było w tym momencie niemożliwe.
- Przywołaj Sophie do porządku.- Powiedziała? Poprosiła? Ciężko stwierdzić.- Prowokuje chłopaków i zamęcza Borgina. To nie przystoi dziewczynie w jej wieku. - Skinęła lekko głową w stronę, w którą odeszła pasierbica. W tym momencie dla Lorien nie miało żadnego znaczenia jakie relacje łączą Roberta i Stanleya. Dbała tylko i wyłącznie o to jak ona wychodzi na tym wszystkim - nie potrzebowała w tym momencie bycia ocenianą przez współpracowników przez pryzmat źle wychowanej, niesfornej pasierbicy.
Nie czekała na jego odpowiedź, ale bezwiednie pogłaskała go po trzymanym przed sekundą przedramieniu w czułym geście. Najwyraźniej jednak wyczerpała zapas ciepłych uczuć, bo natychmiast po tym wyprostowała się z powrotem na krześle.
Uzyskując potwierdzenie zarówno od Roberta jak i Richarda, skinęła tylko głową. Okej, zakodowane. Nie będzie ich. Jeśli jednak miała w tym czasie robić za niańkę dla dzieciaków… To już lepiej byłoby młodzież zabrać ze sobą i zamknąć na czas podróży w jakimś pierwszym lepszym igloo.
Obserwacja otoczenia była pierwszą, bardzo bolesną lekcją przez którą przechodził chyba każdy trybik w machinie Ministerstwa Magii. Robił to Richard wiedziony przyzwyczajeniami; robiła to też Lorien - analizując przebieg spotkania jakby było ciekawą rozprawą sądową. Najuważniej obserwowała z tego wszystkiego Roberta - najpierw: bo nijak nie reagował na wyskoki dzieciaków; potem: bo zaczął reagować tylko na to jedno… a może nie jedno?
Zbyt wiele elementów pasowało do siebie niczym w skomplikowanych puzzlach. Wywołana do tablicy za te całe obserwacje - pewnie by się uśmiechnęła ckliwie i rzuciła tylko tekstem w stylu “Oh, ma mio marito è belloccio e sexy”, wracając jak gdyby nigdy nic do picia stygnącej kawy.
Słuchała w milczeniu tyrady o zachowaniu przy stole, tym razem bacznie obserwując Charles’a i Leonarda. Łatwo byłoby ich sobie wyobrazić przykutych do krzeseł w sali Wizengamotu, oczekujących na wyrok. Pozwoliła przez chwilę myślom pobłądzić w tym kierunku. Pozytywne myśli zawsze działały cuda na jej migreny.
Można było nawet w tym wszystkim zapomnieć, że Lorien nadal siedziała przy stole. Dopiero stuknięcie pustej filiżanki o spodek przypomniało pewnie co poniektórym o tym, że wciąż jest obecna.
Jeśli chłopcy spodziewali się jakiegokolwiek wstawiennictwa czy obrony ze strony ciotki - no niestety mogli się tego nie doczekać. Znikąd pomocy, znikąd ratunku.
Zanim jednak Robert zdążył na nowo wrócić do swojego nieszczęsnego śniadania, Lorien nachyliła się do niego. Złapała delikatnie męża za przedramię, przysuwając się wystarczająco, żeby tego co szepnie nie usłyszał nikt. Zapach świeżej kawy mieszał się z jej jaśminowymi perfumami, a proste, czarne włosy zasłoniły jej twarz wystarczająco, by nawet sprawne czytanie z ruchu warg było w tym momencie niemożliwe.
- Przywołaj Sophie do porządku.- Powiedziała? Poprosiła? Ciężko stwierdzić.- Prowokuje chłopaków i zamęcza Borgina. To nie przystoi dziewczynie w jej wieku. - Skinęła lekko głową w stronę, w którą odeszła pasierbica. W tym momencie dla Lorien nie miało żadnego znaczenia jakie relacje łączą Roberta i Stanleya. Dbała tylko i wyłącznie o to jak ona wychodzi na tym wszystkim - nie potrzebowała w tym momencie bycia ocenianą przez współpracowników przez pryzmat źle wychowanej, niesfornej pasierbicy.
Nie czekała na jego odpowiedź, ale bezwiednie pogłaskała go po trzymanym przed sekundą przedramieniu w czułym geście. Najwyraźniej jednak wyczerpała zapas ciepłych uczuć, bo natychmiast po tym wyprostowała się z powrotem na krześle.