Po złożeniu życzeń i dopełnieniu innych formalności, Victoria „utknęła” przy czekoladowej fontannie
Zaproszenia na ślub przyszły w najmniej odpowiednim czasie w życiu Victorii – kiedy ono się zwyczajnie waliło. Na dwa dni przed tym, jak jej własne narzeczeństwo przestało istnieć. Miesiąc przed samym weselem, w którym to czasie wiele się pozmieniało. To był taki moment, że Victoria długi czas się zastanawiała, czy w ogóle powinna przychodzić – jakby nie było, to była rodzina Sauriela i ona tutaj… z drugiej strony całkiem długo i powiedzmy, że dobrze (w pewnych aspektach za dobrze…) znała pana młodego i wypadało się pojawić i… i w ogóle. Więc. Powinna przyjąć sama, alboo może z kimś z rodziny, wszak jej część była bezpośrednio spokrewniona z Blackami. Ale nie. Po tygodniach milczenia, na nowo zaczęła się… jakoś w miarę dogadywać z Saurielem i… oto byli. Czy ich zaręczyny oficjalnie zostały zerwane i było to wiadome wszem i wobec? A i owszem. Czy pojawili się tutaj razem? Nie dało się zaprzeczyć. Czy było to mądre? Ani trochę. Czy przejmowała się potencjalnym gadaniem ludzi, którym raczej to nie umknie? W ogóle. Miała to totalnie w dupie, tym bardziej, że towarzystwo Sauriela jej nie przeszkadzało… a wręcz przeciwnie.
Było już po samej ceremonii, po obiedzie, po pierwszym tańcu. Ubrana w tak odmienną od jej ostatnich gustów czerwoną sukienkę Victoria postawiła na... minimalizm również wśród biżuterii, miała tylko bransoletkę z gwiazdkami i bardzo delikatny łańcuszek na szyi, za to ciągnęła się za nią mgiełka jej kwiatowych perfum, doprawionych piżmowym akcentem. Chwilę posiedziała przy stole, a potem odłączyła się od swojej pary, żeby złożyć najszczersze życzenia Perseusowi i Vesperze, a następnie się odsunęła, robiąc miejsce dla tłumu innych, którzy chcieli zrobić to samo. Poszła do holu złożyć prezent tam, gdzie trzeba było, a potem wróciła do jadalni i odkryła, że Sauriel się gdzieś zgubił… albo stracił się celowo. Poszła więc zgarnąć dla siebie jakiegoś lekkiego drinka – w końcu przed nimi cały wieczór i noc, nie trzeba było od razu się spić… a poprzedniego dnia zabalowała, chociaż pilnowała, żeby nie przesadzić, bo wiedziała, że inaczej będzie cierpieć dzisiaj. Tańce… potańczyłaby sobie, ale na to przyjdzie jeszcze czas. Tyle że drogę do drinka zagrodziła jej czekoladowa fontanna… nie mogła się oprzeć i sięgnęła po truskawkę, zanurzając ją w płynnej czekoladzie. Była przy tym nieco zbyt bardzo ucieszona jak na roztaczającą tę chłodną aurę, zdystansowaną Zimną aurorkę.