27.05.2024, 22:31 ✶
- Może powinieneś... - zaczęła pyskówkę, ale urwała. Zatrzymała się tak wpół zdania, przystawiła wyciągnięty palec wskazujący do ust w geście zadumy, po czym skierowała go w kierunku Mulcibera. - Nieważne. Miałam powiedzieć, że może powinieneś skoczyć oknem, ale wisząca nad nami niczym topór kata Marta przypomniała mi, że śmierć w tym zamku czasem nie jest permanentna. Niby byś się zabił, a i tak, jak zwykle, łaziłby za mną Kompletnie Bezmózgi Axel - wyjaśniła, kręcąc głową zawiedziona. Na twarzy Eden wykwitł smutek wręcz, ale Mulciber chyba znał ją na tyle dobrze, by wyczuć pismo nosem i zobaczyć, że podszyty jest wierutnym fałszem.
Oczywiście, że nie nauczyła się formułki. Od początku nie wierzyła, że Alexander mógłby cokolwiek w swoim życiu osiągnąć, więc nie liczyła na zobaczenie żadnego potwora Slytherina. Nie miała nic lepszego do roboty, więc przyszła tu popatrzeć jak się męczy, pośmiać się z niego (podobno prawdziwi przyjaciele śmieją się z tobą, a nie z ciebie, ale Eden była dwulicową suką i najgorętszą kandydatką na wiarołomcę roku), a potem zabrać biedaka stąd na tyle sprytnie, by nikt nie spostrzegł, że się szlaja po damskich toaletach. Pewnie doszłoby do plotek, że go kręci obłapywanie pierwszoklasistek po kiblach, i że te jęki dobiegające z łazienki to wcale nie była Marta, a Eden nie chciała zszargać sobie opinii zadawaniem się z kimś takim.
Oczywiście nikt nie wziąłby pod uwagę opcji, że ofiarą zalotów byłaby Malfoy, bo gdyby przyszło co do czego, to pierwsza wrzuciłaby go pod pociąg.
- Znam też łacinę kuchenną, ale jeśli liczysz na prezentację, to musisz się obejść smakiem, bo urąga powadze mojej osoby - oznajmiła, posyłając mu najpaskudniejszy uśmiech. Może nie miała zamiaru przeklinać na głos jak niewychowane zwierzę, ale po ujrzeniu tej miny Axel mógł być pewny, że nie oszczędza jego osoby pod tym względem w swoich przemyśleniach. Homer nie powstydziłby się epitetów, które Eden swojemu drogiemu przyjacielowi w swych myślach nadaje.
- Poza tym, w tym momencie jedyne co chcę wskrzesić, to moje zainteresowanie tą sprawą. Miało być śmiesznie, Mulciber, a póki co robisz z siebie debila na smutno. Przestań majstrować przy tym badziewiu i coś wymyśl - syknęła, podchodząc do niego, by wyrwać mu ten przeklęty flamaster i spłukać go w pobliskiej umywalce. Niestety drogę zastąpiła im Martunia, która chyba zlitowała się nad cierpieniem z nudów Eden i postanowiła rozkręcić karuzelę śmiechu. Malfoy zaśmiała się niemiło, kiedy czerwony atrament wylądował na koszuli Mulcibera. Podparła się pod boki, odchodząc z powrotem na miejsce.
Chciała skomplementować kolegę, że chcieć znaczy móc, bo właśnie pokazał, że potrafi być jednak zabawny. Niestety Marta piszczała podniecona, bo obelga przeleciała przez nią jak wszystko, co do tej pory Eden próbowała w tę siksę rzucać. Ślizgonka stała tam z kamiennym wyrazem twarzy, nie reagując choćby uśmiechem na komplementy. Jeśli Marta miała Eden za miłą, to musiała mieć nieźle rozjechane zdolności poznawcze.
- Rzygaj na zdrowie, daleko do umywalki nie masz - burknęła do Axela, który mógł sobie darować ten komentarz, bo żadnej damskiej solidarności tu nie było. Solidarnie to raczej ich dwójka chciała Martuni przydzwonić w ten pusty czerep, ale z przyczyn niematerialnych i spirytystycznych się zwyczajnie nie dało. Zerknęła raz jeszcze na zjawę, czując, że jej też śniadanie do gardła podchodzi. - Ale potem moja kolej i trzymasz mi włosy. -
Wtem Mulciber zaproponował porzucenie pomysłu inkantacji, pod pretekstem niesłyszenia własnych myśli. Eden już otworzyła usta, żeby mu dopiec, że to stan zwyczajny i nie rozumie, co mu w tym przeszkadza, ale sprzedał jej to spojrzenie, które jasno mówiło, że odwalił robotę za nią i sam się już zwyzywał w zaciszu własnego sumienia. Malfoy uśmiechnęła się szczerze, bo wdzięczna była, że jej śliny oszczędził.
I niby sobie darowała docinkę, a i tak rozeszła się po łazience. Eden przez chwilę się aż zawahała, czy aby nie postradała zmysłów i nie straciła kontroli nad własnym ciałem - co jeśli odruchowo już wyzywa Mulcibera, tak bezwarunkowo, że nawet tego już na języku nie czuje? Ale im dłużej o tym myślała, tym bardziej przekonana była, że to co usłyszała, nie brzmiało jak jej głos. Nie mogła się też uśmiechnąć ku Marcie, bo głos był za mało piskliwy jak na to latające kurwisko.
A więc mieli towarzystwo.
Spojrzała na Mulcibera, jakby chciała mu przysiąc wzrokiem, że tym razem to nie ona go zwyzywała. Nie była też pewna, czy on to w ogóle usłyszał, bo utyskiwanie było cichutkie, ale nie chciała potwierdzać. Chciała nieproszonego gościa wziąć z zaskoczenia.
- Znakomity pomysł, ale zostawmy go na później - oświadczyła, nie mogąc ukryć dziwacznego entuzjazmu. - Nie próbowaliśmy jeszcze z ofiarą żywą. A tak się składa, że chyba gdzieś tutaj mamy ochotnika - oznajmiwszy słodko, zaczęła po kolei otwierać wszystkie kabiny, aż w końcu znajdzie autora obelgi skierowanej do Mulcibera.
Choć jeszcze nie wiedziała, czy chce tej osobie pogratulować, czy faktycznie poświęcić w ofierze w ramach kary za podsłuchiwanie.
Oczywiście, że nie nauczyła się formułki. Od początku nie wierzyła, że Alexander mógłby cokolwiek w swoim życiu osiągnąć, więc nie liczyła na zobaczenie żadnego potwora Slytherina. Nie miała nic lepszego do roboty, więc przyszła tu popatrzeć jak się męczy, pośmiać się z niego (podobno prawdziwi przyjaciele śmieją się z tobą, a nie z ciebie, ale Eden była dwulicową suką i najgorętszą kandydatką na wiarołomcę roku), a potem zabrać biedaka stąd na tyle sprytnie, by nikt nie spostrzegł, że się szlaja po damskich toaletach. Pewnie doszłoby do plotek, że go kręci obłapywanie pierwszoklasistek po kiblach, i że te jęki dobiegające z łazienki to wcale nie była Marta, a Eden nie chciała zszargać sobie opinii zadawaniem się z kimś takim.
Oczywiście nikt nie wziąłby pod uwagę opcji, że ofiarą zalotów byłaby Malfoy, bo gdyby przyszło co do czego, to pierwsza wrzuciłaby go pod pociąg.
- Znam też łacinę kuchenną, ale jeśli liczysz na prezentację, to musisz się obejść smakiem, bo urąga powadze mojej osoby - oznajmiła, posyłając mu najpaskudniejszy uśmiech. Może nie miała zamiaru przeklinać na głos jak niewychowane zwierzę, ale po ujrzeniu tej miny Axel mógł być pewny, że nie oszczędza jego osoby pod tym względem w swoich przemyśleniach. Homer nie powstydziłby się epitetów, które Eden swojemu drogiemu przyjacielowi w swych myślach nadaje.
- Poza tym, w tym momencie jedyne co chcę wskrzesić, to moje zainteresowanie tą sprawą. Miało być śmiesznie, Mulciber, a póki co robisz z siebie debila na smutno. Przestań majstrować przy tym badziewiu i coś wymyśl - syknęła, podchodząc do niego, by wyrwać mu ten przeklęty flamaster i spłukać go w pobliskiej umywalce. Niestety drogę zastąpiła im Martunia, która chyba zlitowała się nad cierpieniem z nudów Eden i postanowiła rozkręcić karuzelę śmiechu. Malfoy zaśmiała się niemiło, kiedy czerwony atrament wylądował na koszuli Mulcibera. Podparła się pod boki, odchodząc z powrotem na miejsce.
Chciała skomplementować kolegę, że chcieć znaczy móc, bo właśnie pokazał, że potrafi być jednak zabawny. Niestety Marta piszczała podniecona, bo obelga przeleciała przez nią jak wszystko, co do tej pory Eden próbowała w tę siksę rzucać. Ślizgonka stała tam z kamiennym wyrazem twarzy, nie reagując choćby uśmiechem na komplementy. Jeśli Marta miała Eden za miłą, to musiała mieć nieźle rozjechane zdolności poznawcze.
- Rzygaj na zdrowie, daleko do umywalki nie masz - burknęła do Axela, który mógł sobie darować ten komentarz, bo żadnej damskiej solidarności tu nie było. Solidarnie to raczej ich dwójka chciała Martuni przydzwonić w ten pusty czerep, ale z przyczyn niematerialnych i spirytystycznych się zwyczajnie nie dało. Zerknęła raz jeszcze na zjawę, czując, że jej też śniadanie do gardła podchodzi. - Ale potem moja kolej i trzymasz mi włosy. -
Wtem Mulciber zaproponował porzucenie pomysłu inkantacji, pod pretekstem niesłyszenia własnych myśli. Eden już otworzyła usta, żeby mu dopiec, że to stan zwyczajny i nie rozumie, co mu w tym przeszkadza, ale sprzedał jej to spojrzenie, które jasno mówiło, że odwalił robotę za nią i sam się już zwyzywał w zaciszu własnego sumienia. Malfoy uśmiechnęła się szczerze, bo wdzięczna była, że jej śliny oszczędził.
I niby sobie darowała docinkę, a i tak rozeszła się po łazience. Eden przez chwilę się aż zawahała, czy aby nie postradała zmysłów i nie straciła kontroli nad własnym ciałem - co jeśli odruchowo już wyzywa Mulcibera, tak bezwarunkowo, że nawet tego już na języku nie czuje? Ale im dłużej o tym myślała, tym bardziej przekonana była, że to co usłyszała, nie brzmiało jak jej głos. Nie mogła się też uśmiechnąć ku Marcie, bo głos był za mało piskliwy jak na to latające kurwisko.
A więc mieli towarzystwo.
Spojrzała na Mulcibera, jakby chciała mu przysiąc wzrokiem, że tym razem to nie ona go zwyzywała. Nie była też pewna, czy on to w ogóle usłyszał, bo utyskiwanie było cichutkie, ale nie chciała potwierdzać. Chciała nieproszonego gościa wziąć z zaskoczenia.
- Znakomity pomysł, ale zostawmy go na później - oświadczyła, nie mogąc ukryć dziwacznego entuzjazmu. - Nie próbowaliśmy jeszcze z ofiarą żywą. A tak się składa, że chyba gdzieś tutaj mamy ochotnika - oznajmiwszy słodko, zaczęła po kolei otwierać wszystkie kabiny, aż w końcu znajdzie autora obelgi skierowanej do Mulcibera.
Choć jeszcze nie wiedziała, czy chce tej osobie pogratulować, czy faktycznie poświęcić w ofierze w ramach kary za podsłuchiwanie.
I was never as good as I always thought I was
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~