Jej brak uśmiechu, posągowe nieomal oblicze, na wzór tych wszystkich majestatycznych Wenus Botticelliego, potrafiło jednać niezawoalowaną szczerością – pomimo odstręczającego sposobu bycia, była w urokliwy sposób autentyczna; fakt, iż nie każdy dostrzegał to podszycie wiarygodnością, świadczyło jedynie na jej korzyść – nie czuła absurdalnej potrzeby dogadzania ciżbie ludzkiej, a współpracownicy żywili wobec niej nawet głęboko zakorzenioną obawę. Było w końcu w niej coś ze śmierci, z chuderlawej kostuchy pochylającej się nad ostatnim tchnieniem kalającym eter końcowymi kłębami życia, z krwawej mojry – tej, która przędła szkarłatne nici jestestwa. Wszak była biegła w stwierdzaniu śmierci wbrew sztuce, a ilość zwłok, po których wodziła niespokojnym wzrokiem świadczyła o wyrachowanie surowych, stalowych nerwach.
Theon z kolei stanowił spoiwo w jej życiu; kimś, kto nieodłącznie łączył poszczególne pozornie rozsypane puzzle jej bytowania – te, które rozbiły się wielokrotnie w szklany, drobny mak. Drobna różnica wieku, chociaż niejednokrotnie uwydatniona, nigdy nie stanowiła przeszkody wobec relacji. Był kimś, kogo mogła nazwać przyjacielem, choć absolutnie nigdy nie przeszłoby jej to przez spętane gardło.
– Zapominasz, że także jestem uzdrowicielem. Połamię cię, aby później poskładać – sarknęła, jednak jej ton głosu nie był podszyty negatywem emocji – była wręcz niespodziewanie rozpogodzona, a alkohol torujący sobie drogę krtanią, podjudzał otwartość, do której w prozie codzienności nie była skora.
Wyjęła z kieszeni potężnego, wełnianego swetra, którym była otulona papierośnicę i pamiętając, że ten uraczył ją ostatnią fajką, jaką posiadał w paczce, wysunęła w jego kierunku własną. Końcówka papierosa prędko zajęła się ognistym oczkiem, a przestrzeni skłębiły się szarawe obłoki, opuszczające jej usta.
– Jesteśmy na ślubie, aby wznosić toast? – zakpiła lekko, ponownie mocząc wargi w rubinowym trunku – mocnym w smaku i bogatym w procenty. – Na szczęście żadne z nas… – urwała, niby ważąc słowa. – Znam cię na tyle, aby wiedzieć, że mamy podobne podejście odnośnie mariaży.
– Logan powoli i sukcesywnie grabi sobie u mnie. Przekaż mu całusy i obietnicę, że ukręcę mu kark – rzekła słodko, uśmiechając się jednak iście diabolicznie.
– Powiedz, Theon, też miewasz ochotę, aby zrobić coś abstrakcyjnie nielegalnego? Bo ja myślę o tym coraz częściej! Ministerialne stołki są wygodne, ale nie dają takiej satysfakcji jak adrenalina. Stawiam pięć galeonów, że gdy będziemy w stanie odpowiedniego upojenia, namówię cię na coś szemranego – rzekła, opierając ponownie policzek na dłoni.
Kolejna szklanka pojawiła się przed nią prędko, a jej opróżnienie zajęło jej równie niewielką ilość czasu. Alkohol torował sobie prędko cierpką drogę przełykiem, a w głowie czyniło się niespokojnie i mgliście.