27.05.2024, 23:40 ✶
W przeciwieństwie do Laurenta, zawsze obawiałem się karty Sprawiedliwości czy też innych symboli z nią powiązanych. Doskonale pamiętałem wróżbę z Lithy, obraz z ogniska... Wyraźne togi sędziów zarysowane wśród płomieni. Tak wyraźne, że nie mógłbym ich pomylić z niczym innym. Niestety, jeśli o sprawiedliwość chodziło, o twarde prawo i zasady, które rządzily naszym światem, spodziewałem się jednak nieprzychylnych wieści, nieprzychylnych mi bądź dla mojej rodziny, dla ludzi, których kochałem, więc stąd pochodziły te obawy. Mieliśmy za wiele do stracenia, wciąż stąpając gdzieś na granicy porządku i łamania prawa, więc... kiedyś mogło się to skończyć, ten względny spokój. Kajdany były blisko.
Ale tym razem karta nie była dla mnie, tylko dla mojego klienta i w tym układzie idealnie wpasowała się w jego stan emocjonalny, w te słowa o mnogości rzeczy, które ciążyły mu na sercu. Nie potrzebowałem jego imienia, tym bardziej nazwiska. Data urodzenia również była zbędna, bo nie parałem się numerologią. Liczyło się to, co powiedział. Niby niewiele, ale jednak... Podłapałem to, podłapała to magia wokół nas i aż żałowałem, że nie mogliśmy być w innych relacjach. Przez drobną chwilę tego pożałowałem, ale trwało to zaledwie sekundę, bo zaraz ta magia wokół nas diametralnie się zmieniła. Osobiście uważałem, że to nie głos serca go tu przywiódł do mnie, tylko ten parszywy los, który dawał i odbierał. Dawał i odbierał.
Wyłożyłem siódemkę denarów na stolik, choć użycie w tym przypadku słowa wyłożenie mocno mijało się ze stanem faktycznym. Ja tą kartą uderzyłem o stół, a właściwie dłonią, w której trzymałem kartę. Mocno i gwałtownie, tak wyraźnie, że z pewnością mogło to zwrócić uwagę osób w pobliżu. Ostatecznie wizerunek karty został pod wielkim znakiem zapytania zarówno dla mnie, jak i dla Laurenta. Ale to było nieistotne, bo rada, którą dla niego miałem, wcale nie pochodziła z kart, tylko prosto ode mnie.
Odruchowo złapałem go wolną ręką za przedramię, ale szybko tego pożałowałem. Puściłem ją odrażony, bo to była ręka, którą niegdyś mógł ściskać Flynn... Ta sama ręka, którą jakiś czas temu kochał. Albo chociaż pożądał. Czyżby zazdrość...? Zresztą, nie o to tu chodziło. Moje spojrzenie uległo zdecydowanemu ochłodzeniu, podobnie jak ton głosu.
- Odpierdol się od mojej rodziny - wyrzuciłem z siebie stanowczo, zastanawiając się, jakim cudem jeszcze tu był, tu żył i oddychał. Flynn rzekomo załatwił sprawę, ale - jak też wspominał - był kłamcą, nie mówił prawdy czy jak to tam sobie nazywał. Pewnie mijał się z nią również, jeśli chodziło o jego drogą Lukrecję, a to sprawiało, że jeszcze bardziej byłem zły, że ten człowiek tu przyszedł, tu podszedł, że wciąż kręcił się w pobliżu innych cyrkowców. W tym Flynna.
Ale tym razem karta nie była dla mnie, tylko dla mojego klienta i w tym układzie idealnie wpasowała się w jego stan emocjonalny, w te słowa o mnogości rzeczy, które ciążyły mu na sercu. Nie potrzebowałem jego imienia, tym bardziej nazwiska. Data urodzenia również była zbędna, bo nie parałem się numerologią. Liczyło się to, co powiedział. Niby niewiele, ale jednak... Podłapałem to, podłapała to magia wokół nas i aż żałowałem, że nie mogliśmy być w innych relacjach. Przez drobną chwilę tego pożałowałem, ale trwało to zaledwie sekundę, bo zaraz ta magia wokół nas diametralnie się zmieniła. Osobiście uważałem, że to nie głos serca go tu przywiódł do mnie, tylko ten parszywy los, który dawał i odbierał. Dawał i odbierał.
Wyłożyłem siódemkę denarów na stolik, choć użycie w tym przypadku słowa wyłożenie mocno mijało się ze stanem faktycznym. Ja tą kartą uderzyłem o stół, a właściwie dłonią, w której trzymałem kartę. Mocno i gwałtownie, tak wyraźnie, że z pewnością mogło to zwrócić uwagę osób w pobliżu. Ostatecznie wizerunek karty został pod wielkim znakiem zapytania zarówno dla mnie, jak i dla Laurenta. Ale to było nieistotne, bo rada, którą dla niego miałem, wcale nie pochodziła z kart, tylko prosto ode mnie.
Odruchowo złapałem go wolną ręką za przedramię, ale szybko tego pożałowałem. Puściłem ją odrażony, bo to była ręka, którą niegdyś mógł ściskać Flynn... Ta sama ręka, którą jakiś czas temu kochał. Albo chociaż pożądał. Czyżby zazdrość...? Zresztą, nie o to tu chodziło. Moje spojrzenie uległo zdecydowanemu ochłodzeniu, podobnie jak ton głosu.
- Odpierdol się od mojej rodziny - wyrzuciłem z siebie stanowczo, zastanawiając się, jakim cudem jeszcze tu był, tu żył i oddychał. Flynn rzekomo załatwił sprawę, ale - jak też wspominał - był kłamcą, nie mówił prawdy czy jak to tam sobie nazywał. Pewnie mijał się z nią również, jeśli chodziło o jego drogą Lukrecję, a to sprawiało, że jeszcze bardziej byłem zły, że ten człowiek tu przyszedł, tu podszedł, że wciąż kręcił się w pobliżu innych cyrkowców. W tym Flynna.