28.05.2024, 02:21 ✶
Południowe stragany - Świeczki i kadzidła rodziny Mulciber
Zauważam Victorię i myślę o nim. Rozmawiam z Charlesem Mulciberem o świeczkach. Reaguję na nadejście Isaaca. Rozmawiam z Isaaciem i Charlesem o ''specjalnych'' świeczkach.
Ach, ta Victoria! Zupełnie, jakby go śledziła. Najpierw spotkanie przy kotach Figgów, a teraz tutaj... Ciekawe, gdzie jeszcze przetną się ich drogi. Erik obdarzył kobietę łagodnym uśmiechem, ponownie kiwając jej głową. Stwierdził, że skoro nie nawiązała z nim dłuższej rozmowy, to jest zabiegana. Nie dziwił się. Może chciała jak najszybciej obskoczyć wszystkie stragany i szybciej wrócić do domu? A może stary Bones wyznaczył jej znienacka jakiś wieczorny patrol i chciała złapać jeszcze kilka godzin snu przed powrotem na służbę?
— Szybko, jak na taką dużą świecę — skomentował, wodząc wzrokiem po reszcie asortymentu. — Zawsze mi się wydawało, że pierwsze palenie powinno trwać około trzech godzin. Coś o... eee... równomiernym wytapianiu wosku? — Zmarszczył czoło, próbując sobie przypomnieć, która z kobiet w jego życiu mogła rzucić takim tekstem. — Zresztą nieważne. Ważne, żeby działało. Po efektach pozna się, ile powinno się palić.
Cholerna szarańcza, przeklął siarczyście w myślach tylko po to, aby zaraz westchnąć bezgłośnie, gdy tuż obok wychwycił charakterystyczne odgłosy Samopiszącego Pióra. To małe cholerstwo stanowiło nieodłączny element ekwipunku znacznej większości dziennikarzy w magicznym Londynie. Zamarł na moment, wbijając niezadowolone spojrzenie w niewidzialny punkt tuż nad głową sprzedawcy mulciberowych kadzidełek. Może, kiedy będzie stał nieruchomo, to te wszystkie dziennikarzyny buszujące między stoiskami nie zwrócą na niego uwagi?
Płonne były jego nadzieje. Reporter nie tylko go zauważył, ale jeszcze podszedł do niego i uwiesił mu się na ramieniu. Czysta bezczelność. Jeszcze to zdrabnianie jego imienia i wypytywanie o jakiegoś ziemniaka czy też Ziemniaczka... Wzrok Longbottoma momentalnie skierował się ku intruzowi, który wcale nie okazał się taką znowu dziennikarską zarazą, za jaką go początkowo wziął. Zamrugał parokrotnie, zastanawiając się, czy faktycznie ma teraz przed oczami tę osobę, o której myślał. Isaac nieco się zmienił w porównaniu do tego, jakim go pamiętał z okresu szkoły... Ale to dalej był Isaac Bagshot.
— Pewnie się zaszyła w jakimś dobrym punkcie obserwacyjnym i wgapia się groźnie w ludzi — odparł, wciągając brzuch, gdy kolega ze szkoły go po nim poklepał. — Wziąłem cię za sępa z Czarownicy albo Proroka Codziennego. Cieszę się, że się pomyliłem, bo w przeciwnym razie byłoby dużo gorzej...
To czy Bagshot się na nim wieszał, nie robiło mu zbyt dużej różnicy z jednej prostej przyczyny: nie wpływało to jakoś specjalnie na jego poczucie równowagi. A z racji tego, że byli dosyć zbliżeni do siebie pod względem wzrostu, przerzucenie ręki przez ramię drugiego nieszczególnie ciążyło temu drugiemu. Erikowi nawet mniej w związku z tym, że przez lata pracy w Brygadzie Uderzeniowej wyrobił sobie całkiem niezłą tężyznę fizyczną.
Zdziwił się nieco, gdy pod wpływem słów zachęty Isaaca, młody Mulciber wyciągnął spod lady swój tajny arsenał. I cóż to były za Piękności, dopowiedział bezgłośnie, wgapiając się z kwaśną miną w fallusowe świeczki. Z trudem powstrzymał się od pytania, czy Mulciberowie przypadkiem nie zaczęli się za bardzo inspirować biznesami mugoli, bo wyglądało to trochę tak, jakby przygotowywali się do otwarcia sexshopu. A Erikowi zdarzało się widzieć takie witryny w wyjątkowo... niewyjściowych... dzielnicach niemagicznego Londynu. Raz nawet do jednego zajrzał przez uchylone drzwi, jednak wystarczył, że złapał spojrzenie sprzedawczyni i... Uciekł. Z krzywym uśmiechem.
— Mam dziwne wrażenie, że wręczenie własnej matce świeczki na bazie afrodyzjaków mogłoby w najlepszym razie okazać się nieco niezręczne — wytłumaczył twardym głosem, spoglądając z góry na sprzedawcę. Chociaż słowa Mulcibera szarpnęły nieco za nieodpowiednie nerwy, tak starał się trzymać emocje pod kontrolą. — A w najgorszym stanowić zachętę do sprowadzenia na ten świat kolejnych sztuk rodzeństwa wraz z mym ojcem. I to w takim kształcie. Naprawdę nie chciałbym znowu zostać bratem w wieku trzydzi... dwudziestu dziewięciu lat.
Dzięki niech będą Merlinowi, zostało mu jeszcze kilka długich miesięcy, nim przekroczy tę straszną granicę trzydziestu lat. Nie miał pojęcia, jak bardzo zmieni się wówczas jego życie, o ile w ogóle jakkolwiek ulegnie gwałtownym przekształceniom. W najbardziej fortunnym scenariuszu nie zmieni się nic i co najwyżej częściej będzie nucił w towarzystwie Morfeusza jego ukochane pieśni pochwalne ku czci greckich bóstw. W końcu już teraz trochę lepiej je łapał, więc kto wie, gdzie go to mogło zaprowadzić?
— Ciekawa jest ta twoja definicja ''szaleństwa'', Bagshot — sarknął, odbierając od Mulcibera swoje pierwotne zamówienie. — To też część jakichś twoich badań?
the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞