28.05.2024, 11:39 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.06.2024, 10:59 przez Rodolphus Lestrange.)
Ogrody
Młody Niewymowny również na dłużej zatrzymał wzrok na namiocie cyrkowym. W przeciwieństwie jednak do Laurenta, on nie był tam niemile widziany. Patrzył na to miejsce raczej z zastanowieniem - próbował ulokować część klaunów, która mu mignęła w środku, dopasować ich do namiotu i wyobrazić sobie, co mają do zaoferowania. Pławienie się we własnych myślach, szczególnie tak złośliwych, pozwalało mu utrzymać pion i zachować swoje emocje dla siebie. Dzięki temu był w stanie spojrzeć w oczy tym, którzy błaznowali w chwilach, w których trzeba było zachować powagę. Nie żeby mu samemu nigdy się to nie zdarzyło - kto go znał, wiedział że w każdym drzemie iskra pajaca, po prostu niektórzy potrafią ją skuteczniej ukrywać.
Gdyby dostawał sykla za każdą sytuację, w której ktoś pomylił go ze starszym kuzynem, to byłby jeszcze bogatszy, niż był. Zdążył się w sumie do tego przyzwyczaić - i nawet gdyby Laurent na głos wykrzyczał błędne imię, zapewne nie wywołałoby to w Rodolphusie nawet skrzywienia. Akceptował fakt, że oni wszyscy wyglądali jak z jednego odlewu zrobieni, a pojedyncze jednostki różniły się szczegółami, które z daleka mogły być trudne do wychwycenia. To podobieństwo widać było niezależnie od płci, jeśli chodzi nie tylko o twarz, ale i ogólną prezencję, postawę i początkowy chłód w kontaktach z obcymi. Ach, ta niegrzeczność i niezręczność, zasrane konwenanse i podteksty przez które on sam musiał się tu znaleźć, a Laurent musiał dopełnić swych kroków, by nie wyjść na nieuprzejmego. To było okropnie męczące, szczególnie dla kogoś, kto nawet w rodzinie był określany jako odludek.
- Skądże. Rodolphus Lestrange - to było poniekąd zabawne i ironiczne, że promienny zwykle Laurent, światełko w ciemnym tunelu, próbował wykrzesać z siebie uśmiech i trafił akurat na osobę, dla której uśmiechanie się wiązało się niemal z fizycznym bólem. Niewymowny uniósł więc kącik ust nieznacznie, nie czując się zbyt dobrze w tym otoczeniu, chociaż trzeba było przyznać, że zawsze mógł trafić gorzej. Z całego tego towarzystwa lepszy był Laurent niż inne osoby, przed którymi ewidentnie… Może nie tyle co się chował, ale starał się pozostać niezauważony. Być może i dlatego nie miał tym razem miny srającego na pustyni kota - wyglądał po prostu na okropnie spiętego, jakby nie do końca potrafił odnaleźć się podczas tego przyjęcia. To by częściowo tłumaczyło, czemu stał sam w ogrodzie. - Właściciel rezerwatu w New Forest i hodowli abraksanów, zgadza się?
Kojarzył Laurenta ze szkoły, chociaż ich ścieżki nie przecięły się ani razu. Prewett był starszy, na dodatek sam Rodolphus trzymał się ze zgoła innym towarzystwem niż Laurent. Miał rację, twierdząc w rozmowie z Nicholasem, że nie należało odcinać oficjalnie neutralnych rodów od siebie. Najwyraźniej Perseus lub też Vespera, bo przecież nie miał pojęcia od której strony przyszło zaproszenie, byli tego samego zdania.
Młody Niewymowny również na dłużej zatrzymał wzrok na namiocie cyrkowym. W przeciwieństwie jednak do Laurenta, on nie był tam niemile widziany. Patrzył na to miejsce raczej z zastanowieniem - próbował ulokować część klaunów, która mu mignęła w środku, dopasować ich do namiotu i wyobrazić sobie, co mają do zaoferowania. Pławienie się we własnych myślach, szczególnie tak złośliwych, pozwalało mu utrzymać pion i zachować swoje emocje dla siebie. Dzięki temu był w stanie spojrzeć w oczy tym, którzy błaznowali w chwilach, w których trzeba było zachować powagę. Nie żeby mu samemu nigdy się to nie zdarzyło - kto go znał, wiedział że w każdym drzemie iskra pajaca, po prostu niektórzy potrafią ją skuteczniej ukrywać.
Gdyby dostawał sykla za każdą sytuację, w której ktoś pomylił go ze starszym kuzynem, to byłby jeszcze bogatszy, niż był. Zdążył się w sumie do tego przyzwyczaić - i nawet gdyby Laurent na głos wykrzyczał błędne imię, zapewne nie wywołałoby to w Rodolphusie nawet skrzywienia. Akceptował fakt, że oni wszyscy wyglądali jak z jednego odlewu zrobieni, a pojedyncze jednostki różniły się szczegółami, które z daleka mogły być trudne do wychwycenia. To podobieństwo widać było niezależnie od płci, jeśli chodzi nie tylko o twarz, ale i ogólną prezencję, postawę i początkowy chłód w kontaktach z obcymi. Ach, ta niegrzeczność i niezręczność, zasrane konwenanse i podteksty przez które on sam musiał się tu znaleźć, a Laurent musiał dopełnić swych kroków, by nie wyjść na nieuprzejmego. To było okropnie męczące, szczególnie dla kogoś, kto nawet w rodzinie był określany jako odludek.
- Skądże. Rodolphus Lestrange - to było poniekąd zabawne i ironiczne, że promienny zwykle Laurent, światełko w ciemnym tunelu, próbował wykrzesać z siebie uśmiech i trafił akurat na osobę, dla której uśmiechanie się wiązało się niemal z fizycznym bólem. Niewymowny uniósł więc kącik ust nieznacznie, nie czując się zbyt dobrze w tym otoczeniu, chociaż trzeba było przyznać, że zawsze mógł trafić gorzej. Z całego tego towarzystwa lepszy był Laurent niż inne osoby, przed którymi ewidentnie… Może nie tyle co się chował, ale starał się pozostać niezauważony. Być może i dlatego nie miał tym razem miny srającego na pustyni kota - wyglądał po prostu na okropnie spiętego, jakby nie do końca potrafił odnaleźć się podczas tego przyjęcia. To by częściowo tłumaczyło, czemu stał sam w ogrodzie. - Właściciel rezerwatu w New Forest i hodowli abraksanów, zgadza się?
Kojarzył Laurenta ze szkoły, chociaż ich ścieżki nie przecięły się ani razu. Prewett był starszy, na dodatek sam Rodolphus trzymał się ze zgoła innym towarzystwem niż Laurent. Miał rację, twierdząc w rozmowie z Nicholasem, że nie należało odcinać oficjalnie neutralnych rodów od siebie. Najwyraźniej Perseus lub też Vespera, bo przecież nie miał pojęcia od której strony przyszło zaproszenie, byli tego samego zdania.