— Lubię nazywać cię per pani, ale niech ci będzie, Florence — przypieczętował nową umowę, układając w ramę klasycznego walca ich dwójkę. Powłóczyste skrzypce nadały moment rozpoczęcia tańca, raczej dostojnego walca, odpowiedniego dla wszystkich starszych gości, który pragnęli jeszcze poużywać na parkiecie, bez względu na okazję i tych, którym brakowało tchu po przejściu jednego piętra schodów.
— Pewnie dlatego, że nie bywałem na tych wcześniejszych przyjęciach. Muszę odnaleźć lepszą metaforę, bowiem okupacją Troi bym tego nie nazwał. Dziwne...— wprawił Florence w wirowanie, pozwalając jej sukni rozwinąć się, jak kwiat róży, z jej pięknym trenem i wyraźną inspiracją XIX wiekiem. — Nie ma Mulciberów. Spodziewałbym się bardziej, że nie pojawią się żadni Malfoyowie. Są skłóceni? Z tego co pamiętam przedstawiają podobnie... Konserwatywne poglądy.
Nawet liberalni Longbottomowie zjawili się, co prawda jedynie w delegacji dwójki, co na liczną dziatwę Godryka było niewiele, ale na pewno ich obecność nie ujdzie nieodnotowana. Morpheus układał w głowie nowe siły, zmiany stron i wiodących nurtów w brytyjskiej socjecie. Pomagało mu to, aby nie myśleć o Dolohovie.
Gdy jedli posiłek, bardzo cieszył się, że siedzi do niego tyłem, a i teraz absolutnie go nie widział, wzrok nie uciekał od partnerki. Zresztą, nie powinien. Florence była przepiękną kobietą.
Szalenie podobały mu się blade piegi, które pojawiały się latem.
— Partnerce Rosiera brakuje tylko welonu — parsknął, odwracając Florence w tańcu, tak aby mogła zobaczyć ponad ramieniem to samo, co on przed chwilą nad jej. Przy tym, robiąc eleganckie okrążenia dookoła parkietu, pozwalając błyszczeć się swojej tiarze i pięknie układać krwawym ogonem szałowi, wypatrywał innych znajomych twarzy. Wiedział, że Anthony gdzieś tam jest, bo słyszał jego partnerkę, ale przecież nie lubili się aż tak bardzo. Patrzył też za Charlotte i Jonathanem, aby prędko przewidzieć, cóż też knuli pod nosem. Bo to, że knuli, było więcej niż pewne. A to niby Shafiq był honorowym ślizgonem. Kalumnie.