28.05.2024, 16:24 ✶
Dobre sobie. Ja mu mówiłem, żeby się odpierdolił od cyrku, a on nie wiedział, o co chodziło. UDAWAŁ, że nie wiedział. Czy to może kwestia tego niedopowiedzenia, bo nie dla każdego to musiało być jednoznaczne, że my cyrkowcy byliśmy swoją rodziną, szczególnie że platynowy panicz wychował się w zdecydowanie innych warunkach. W wielkim domu, z rodzicami u boku, pewnie kucykiem, pieskiem i co tam mu się tylko zamarzyło, a my po prostu mieliśmy siebie. I, tak na dobrą sprawę, bardziej ceniłem sobie to, co miałem. Za nic nie wymieniłbym Bellów za bogactwo, inaczej bym również skończył jak ten niedomyślny dupek.
- Nie. Dokarm swoje ego faktem, że jesteś wyjątkiem, Lukrecjo - odparłem w ramach odpowiedzi. Nie uśmiechałem się, już nie czarowałem urokiem osobistym, nie skradałem sobie jego przyjaźni. Byłem nieprzejednany, zły, może nawet wściekły, ale tego ostatniego starałem się aż tak bardzo nie eksponować. Raczej bywałem skrytym człowiekiem niż ekscentrycznym, głoszącym wszem i wobec o swoich humorkach. - Żebyś to sobie wyraźnie wbił do głowy... NIE ŻYCZĘ SOBIE, ŻEBYŚ ZBLIŻAŁ SIĘ DO CYRKU ALBO KTÓREGOKOLWIEK CZŁONKA TRUPY CYRKOWEJ. Dowiem się o tym pierwszy i nie będę tak uprzejmy. Żadne z nas nie będzie. Mogę ci to zagwarantować - wyjaśniłem, miałem nadzieję, że dosadnie wielkimi literami, że już żadne Pan Ą.Ę. zrozumiał doskonale i nie będę musiał ponownie tego powtarzać.
Nie mogłem uwierzyć, że coś takiego mogło się lata temu spodobać Flynnowi. Nie mogłem zdzierżyć, że w tak snobistycznych ramionach odnajdował ukojenie. I jeszcze ten człowiek, bogaty człowiek z możliwościami, puszczał się na prawo i lewo, sprzedając swoje ciało jako dziwka... Nie mogłem tego zrozumieć. Może inaczej, nie chciałem tego zrozumieć. Był zniszczony do szpiku kości, zdegenerowany. Nie radziłem sobie z tymi wizjami. Cholernie mi się one nie podobały. Nie leżały mi. Nie chciałem mieć ich w głowie, a przede wszystkim nie chciałem widzieć już nigdy więcej Laurenta Prewetta w pobliżu cyrku ani słyszeć o tym, że śmiał złamać ten nakaz.
- Nie. Dokarm swoje ego faktem, że jesteś wyjątkiem, Lukrecjo - odparłem w ramach odpowiedzi. Nie uśmiechałem się, już nie czarowałem urokiem osobistym, nie skradałem sobie jego przyjaźni. Byłem nieprzejednany, zły, może nawet wściekły, ale tego ostatniego starałem się aż tak bardzo nie eksponować. Raczej bywałem skrytym człowiekiem niż ekscentrycznym, głoszącym wszem i wobec o swoich humorkach. - Żebyś to sobie wyraźnie wbił do głowy... NIE ŻYCZĘ SOBIE, ŻEBYŚ ZBLIŻAŁ SIĘ DO CYRKU ALBO KTÓREGOKOLWIEK CZŁONKA TRUPY CYRKOWEJ. Dowiem się o tym pierwszy i nie będę tak uprzejmy. Żadne z nas nie będzie. Mogę ci to zagwarantować - wyjaśniłem, miałem nadzieję, że dosadnie wielkimi literami, że już żadne Pan Ą.Ę. zrozumiał doskonale i nie będę musiał ponownie tego powtarzać.
Nie mogłem uwierzyć, że coś takiego mogło się lata temu spodobać Flynnowi. Nie mogłem zdzierżyć, że w tak snobistycznych ramionach odnajdował ukojenie. I jeszcze ten człowiek, bogaty człowiek z możliwościami, puszczał się na prawo i lewo, sprzedając swoje ciało jako dziwka... Nie mogłem tego zrozumieć. Może inaczej, nie chciałem tego zrozumieć. Był zniszczony do szpiku kości, zdegenerowany. Nie radziłem sobie z tymi wizjami. Cholernie mi się one nie podobały. Nie leżały mi. Nie chciałem mieć ich w głowie, a przede wszystkim nie chciałem widzieć już nigdy więcej Laurenta Prewetta w pobliżu cyrku ani słyszeć o tym, że śmiał złamać ten nakaz.