28.05.2024, 20:01 ✶
Kos łapał robaki, umykające przed unoszącą się w powietrzu wilgocią, podbitą niepomierną duchotą, która sprawiała, że ciężko się oddychało w oczekiwaniu na deszcz. Gdzieś na zachodzie grzmiało, lecz żadne z nich nie słyszało tej przetaczającej się po niebie kaskady gromu. Oboje byli zbyt zagłuszeni własnymi myślami, lękami, gnieceni przez strach o nią. O to, że może jednak zniknie. Millie nienawidziła szczerze Lecznicy Dusz, która w była jak obrzydliwe białościenne więzienie, klatka tłamsząca jej energię, jej życie i to jak je smakowało, gdy nikt nie patrzył. Ów impet mógł być wymierzony w nią samą, czasami z resztą tak właśnie bywało, ale tu pośród białych ścian zbyt wiele energii wytracała by udawać normalną. A przecież tylko wariaci byli coś warci.
Zazdrość mieszała się z tęsknotą. Była przekonana, że jego słowa są kłamliwe. Wcale nie poszedłby za nią do piekła. To Alastor trwał przy łóżku, czytał co wieczór Szekspira, zdzierał sobie gardło, bez żadnej gwarancji, że mu odpowie. To Alastor wezwał ją, powołał do życia i zapieczętował jak demona. To Alastor był tym, który w kryzysie nie zawiódł choć teraz... teraz go nie było. Siostra otworzyła oczy, więc on powracał do normalnego tryby, wrócił na służbę, oczywiście nie powinna mieć mu tego za złe, choć pokusa, by znów dać się porwać czerni była bardzo silna, jeśli to był gwarant utrzymania go przy sobie.
Tymczasem im lepiej się czuła, tym więcej osób ją odwiedzało, choć przynosili oni swoje koszmary. Lęki. Choć przynosili ze sobą swój ból, które nadwrażliwe zmysły doświadczały potrójnie. Peregrinus przyniósł jej jednak... nią samą, nienawiść do siebie, do jej słabości, do tego jak żałośnie wyglądała. Nie rozumiała tej wizji, jeszcze nie, ale brakło jej sił, żeby mówić. Z resztą... Okłamałby ją, czyż nie? Tak jak teraz kłamał, że poszedłby za nią wszędzie.
Z drugiej strony palce doskonale wiedziały gdzie podążyć, jakie punkty nacisnąć, które kosmyki pociągnąć, a gdzie tylko przejechać paznokciami, by dać jej ukojenie. Pośród swoich miłostek i kochanków, spragniona bodźców o bardzo wysokim punkcie pobudzenia Millie szukała agresji i bólu, intensywności, tańczenia z ogniem. Tak niewielu ludzi wiedziało, czego potrzebowała prawdziwie, by znaleźć ukojenie, nie wzlot, ale spokojne przymknięcie oczu, gdy ciało rozluźnia się ufnie, w zbudowanej intymności. Kiedyś mu pokazała. Jeszcze w Hogwarcie, poprosiła o pomoc, gdy zaczęło już być bardzo, bardzo źle. Przed laty, po śmierci matki tak brat przynosił jej ulgę i pomagał zasnąć choć na kilka godzin, nim koszmary powróciły. Tak przed laty w zamku, gdy tęsknota za Alikiem rozrywała jej serce, a sen nie przychodził już nie dobę, ale trzy, cztery, gdy stawała się żywym upiorem, tak Peregrinus i jego wprawne palce rozplatały myśli, koiły cierpienie. Tak było i teraz.
Zwinięte ciało rozwijało się, łatwo mógł widzieć i przyjmować skuteczność zastosowanej "terapii". Miękła mu w dłoniach, jak sucha gąbka, która nasiąkała wodą. Odwróciła się nawet na plecy odwracając twarz ku bladej, pociągłej twarzy swojego przyjaciela. Gest więcej robił niż słowo, miodowe oczy zapatrzyły się w niego niosąc smutną akceptację, uśmiech, który nie miał być wesoły, ale cichy. Tak inne oblicze Moody zarezerwowane było dla bardzo wąskiego grona tych, którzy byli w stanie przebić się przez ostre kanty muszli. Którzy chcieli znaleźć perłę.
– Chciałabym wiedzieć co się odjebie jak stąd w końcu wyjdę. Gdzie wzlecę, gdzie opadnę. Nie mogę... nie mogę się doczekać, żeby szkice przenosić na płótno. Zaczęłam też rysować ptaki wiesz? – mówiła cicho, spokojnie, jakby byli parą na pikniku, a nie dwójką bardzo nieszczęśliwych i samotnych ludzi. On kłamał, ale ona nie była lepsza. Dreszcz przeszedł przez wątłe ciało, jak kolejny grom na zachodzie przetoczył się po niebie. Wiatr przyniósł zapach deszczu i było w tym coś kojącego. – Mogłabym... mogłabym w końcu namalować Ciebie, jakoś lepiej niż tylko uwalając wszystko złotą farbą. – otuliła ich ramiona ciepłym wspomnieniem i zdobyła się na uśmiech bardziej szczery, choć wciąż nostalgiczny.
Zazdrość mieszała się z tęsknotą. Była przekonana, że jego słowa są kłamliwe. Wcale nie poszedłby za nią do piekła. To Alastor trwał przy łóżku, czytał co wieczór Szekspira, zdzierał sobie gardło, bez żadnej gwarancji, że mu odpowie. To Alastor wezwał ją, powołał do życia i zapieczętował jak demona. To Alastor był tym, który w kryzysie nie zawiódł choć teraz... teraz go nie było. Siostra otworzyła oczy, więc on powracał do normalnego tryby, wrócił na służbę, oczywiście nie powinna mieć mu tego za złe, choć pokusa, by znów dać się porwać czerni była bardzo silna, jeśli to był gwarant utrzymania go przy sobie.
Tymczasem im lepiej się czuła, tym więcej osób ją odwiedzało, choć przynosili oni swoje koszmary. Lęki. Choć przynosili ze sobą swój ból, które nadwrażliwe zmysły doświadczały potrójnie. Peregrinus przyniósł jej jednak... nią samą, nienawiść do siebie, do jej słabości, do tego jak żałośnie wyglądała. Nie rozumiała tej wizji, jeszcze nie, ale brakło jej sił, żeby mówić. Z resztą... Okłamałby ją, czyż nie? Tak jak teraz kłamał, że poszedłby za nią wszędzie.
Z drugiej strony palce doskonale wiedziały gdzie podążyć, jakie punkty nacisnąć, które kosmyki pociągnąć, a gdzie tylko przejechać paznokciami, by dać jej ukojenie. Pośród swoich miłostek i kochanków, spragniona bodźców o bardzo wysokim punkcie pobudzenia Millie szukała agresji i bólu, intensywności, tańczenia z ogniem. Tak niewielu ludzi wiedziało, czego potrzebowała prawdziwie, by znaleźć ukojenie, nie wzlot, ale spokojne przymknięcie oczu, gdy ciało rozluźnia się ufnie, w zbudowanej intymności. Kiedyś mu pokazała. Jeszcze w Hogwarcie, poprosiła o pomoc, gdy zaczęło już być bardzo, bardzo źle. Przed laty, po śmierci matki tak brat przynosił jej ulgę i pomagał zasnąć choć na kilka godzin, nim koszmary powróciły. Tak przed laty w zamku, gdy tęsknota za Alikiem rozrywała jej serce, a sen nie przychodził już nie dobę, ale trzy, cztery, gdy stawała się żywym upiorem, tak Peregrinus i jego wprawne palce rozplatały myśli, koiły cierpienie. Tak było i teraz.
Zwinięte ciało rozwijało się, łatwo mógł widzieć i przyjmować skuteczność zastosowanej "terapii". Miękła mu w dłoniach, jak sucha gąbka, która nasiąkała wodą. Odwróciła się nawet na plecy odwracając twarz ku bladej, pociągłej twarzy swojego przyjaciela. Gest więcej robił niż słowo, miodowe oczy zapatrzyły się w niego niosąc smutną akceptację, uśmiech, który nie miał być wesoły, ale cichy. Tak inne oblicze Moody zarezerwowane było dla bardzo wąskiego grona tych, którzy byli w stanie przebić się przez ostre kanty muszli. Którzy chcieli znaleźć perłę.
– Chciałabym wiedzieć co się odjebie jak stąd w końcu wyjdę. Gdzie wzlecę, gdzie opadnę. Nie mogę... nie mogę się doczekać, żeby szkice przenosić na płótno. Zaczęłam też rysować ptaki wiesz? – mówiła cicho, spokojnie, jakby byli parą na pikniku, a nie dwójką bardzo nieszczęśliwych i samotnych ludzi. On kłamał, ale ona nie była lepsza. Dreszcz przeszedł przez wątłe ciało, jak kolejny grom na zachodzie przetoczył się po niebie. Wiatr przyniósł zapach deszczu i było w tym coś kojącego. – Mogłabym... mogłabym w końcu namalować Ciebie, jakoś lepiej niż tylko uwalając wszystko złotą farbą. – otuliła ich ramiona ciepłym wspomnieniem i zdobyła się na uśmiech bardziej szczery, choć wciąż nostalgiczny.