28.05.2024, 21:22 ✶
Niekoniecznie przepadała ze wszelkimi ludzkimi zgromadzeniami tej klasy i rozmachu. Zawsze, kiedy Alexander zabierał ją na jakieś czystokrwiste spędy, dokładnie odliczała minuty i sekundy do tej magicznej chwili, kiedy jako tako wypadało pierdolić to wszystko i zwyczajnie zniknąć, zamiast uśmiechać do innych grzecznie i słuchać co też stare raszple miały do powiedzenia na temat swoich krewnych. Na weselu Blacka i Rookwood pojawiła się jako towarzystwo dla Lorraine, ale nie pozostawiała jej złudzeń, że robi to dlatego że ją bardzo, ale to bardzo lubi, a nie dlatego że miała zamiar się tu świetnie bawić.
Może gdyby nie fakt, że w okolicy czaił się gdzieś Louvain, miałaby lepszy humor. Tak samo, gdyby nie spodziewała się wypatrzyć gdzieś w tłumie jego siostry bliźniaczki.
W kaplicy więc perfidnie przysypiała, w wyćwiczony sposób zachowując jednak pion na swoim miejscu w ławce i kładąc się po Lorraine, albo Eden. Potem, kiedy już znaleźli się w posiadłości, o wiele bardziej przejęta była swoim kotletem, niż pierwszym tańcem młodej pary czy składaniem im najwymyślniejszych życzeń. Była miła i uśmiechała się słodko, ale myślała tylko o tym, żeby znaleźć sobie jakieś inne zajęcie, a najlepiej zając deserkiem.
Cały kolorystyczny temat weseliska niekoniecznie do niej trafił; nie miała nic przeciwko czerni i czerwieni, ale o wiele bardziej wolała zwyczajową dla siebie zieleń. Dlatego też wybrała sukienkę pasującą do tej Lorraine, ale w jaśniejszym, mszystym odcieniu. Sukienka była ładna i dla lepszego efektu zaklęta, a może też chodziło sam materiał czy nici? Przypominała mszysty agat, w którym przeplatały się kolejne odcienie zieleni, ciekawiąc oko i nie pozwalając by kreacja wydawała się nudna pomimo prostego, ponadczasowego kroju. Przed przyjściem na wesele zastanawiała się, czy nie powinna założyć jakiejś sukienki od Louvaina - wysyłane przez niego kreacje były drogie i przepiękne, prosto spod ręki Rosierów, ale ostatecznie doszłaby do wniosku, że prędzej by zdechła niż dała mu się oglądać w takim wydaniu na tym weselu.
- Czemu Rookwood miałby płacić za pogrzeb zięcia? - zamrugała, przenosząc spojrzenie na stojącą obok wilę. Na wzmiankę o kartach uśmiechnęła się krótko, z pewnego rodzaju protekcjonalnym zacięciem, zamiast wyciągać karty wskazując na stół. - Weź sobie lepiej ciasteczko - zarządziła, zaraz jednak wzdychając na jej kolejny komentarz i znowu gestykulując - tym razem na siebie, żeby jej to ciastko oddała. Zjadła szybko, spoglądając na Eden, która podobno właśnie rozbrajała migrena i zanim się obejrzała, sięgnęła po kolejną porcję.
!ciastkazwróżbą
Może gdyby nie fakt, że w okolicy czaił się gdzieś Louvain, miałaby lepszy humor. Tak samo, gdyby nie spodziewała się wypatrzyć gdzieś w tłumie jego siostry bliźniaczki.
W kaplicy więc perfidnie przysypiała, w wyćwiczony sposób zachowując jednak pion na swoim miejscu w ławce i kładąc się po Lorraine, albo Eden. Potem, kiedy już znaleźli się w posiadłości, o wiele bardziej przejęta była swoim kotletem, niż pierwszym tańcem młodej pary czy składaniem im najwymyślniejszych życzeń. Była miła i uśmiechała się słodko, ale myślała tylko o tym, żeby znaleźć sobie jakieś inne zajęcie, a najlepiej zając deserkiem.
Cały kolorystyczny temat weseliska niekoniecznie do niej trafił; nie miała nic przeciwko czerni i czerwieni, ale o wiele bardziej wolała zwyczajową dla siebie zieleń. Dlatego też wybrała sukienkę pasującą do tej Lorraine, ale w jaśniejszym, mszystym odcieniu. Sukienka była ładna i dla lepszego efektu zaklęta, a może też chodziło sam materiał czy nici? Przypominała mszysty agat, w którym przeplatały się kolejne odcienie zieleni, ciekawiąc oko i nie pozwalając by kreacja wydawała się nudna pomimo prostego, ponadczasowego kroju. Przed przyjściem na wesele zastanawiała się, czy nie powinna założyć jakiejś sukienki od Louvaina - wysyłane przez niego kreacje były drogie i przepiękne, prosto spod ręki Rosierów, ale ostatecznie doszłaby do wniosku, że prędzej by zdechła niż dała mu się oglądać w takim wydaniu na tym weselu.
- Czemu Rookwood miałby płacić za pogrzeb zięcia? - zamrugała, przenosząc spojrzenie na stojącą obok wilę. Na wzmiankę o kartach uśmiechnęła się krótko, z pewnego rodzaju protekcjonalnym zacięciem, zamiast wyciągać karty wskazując na stół. - Weź sobie lepiej ciasteczko - zarządziła, zaraz jednak wzdychając na jej kolejny komentarz i znowu gestykulując - tym razem na siebie, żeby jej to ciastko oddała. Zjadła szybko, spoglądając na Eden, która podobno właśnie rozbrajała migrena i zanim się obejrzała, sięgnęła po kolejną porcję.
!ciastkazwróżbą
she was a gentle
sort of horror
sort of horror