Musiała się na kilka sekund zamyślić, cofając się we wspomnieniach do początku maja, gdy wraca z Saurielem siedzieli u Cynthii… poszli tam razem, bo zaprosiła go tam Victoria, już oficjalnie po zaręczynach, żeby spotkali się z jej przyjaciółką. On z resztą… też zabrał ją do swojego przyjaciela. To było duże, prawda? Iść tak gdzieś razem… zaraz jednak odgoniła niechciane myśli.
– O ile dobrze pamiętam, to na początku nastąpiło przekazanie energii, a później… pobranie trochę mojej – albo wcale nie należącej do niej… nie wiedziała. Ale przynajmniej to było możliwe. – Nie wiem czy działo się to jednocześnie, czy najpierw jedno, a potem drugie w konkretnej kombinacji, czy to krążyło, czy co się z tym działo – przyznała jednak, bo nie posiadała takiej wiedzy. Pamiętała tylko, że Cynthia powiedziała jej, że przekaże jej trochę swojej energii, i pobierze trochę od niej. No i jeszcze była w to zamieszana energia Sauriela, który po tym zrobił się głodny – co było całkowicie zrozumiałe, skoro wampiry gdy się pożywiają, to zabierały trochę tej energii. Kradły energię by żyć, a jeśli ukradną wystarczająco… to też zaraz odgoniła.
Victoria miała wrażenie, że Laurent się wcale nie cieszy na tę randkę, że idzie tam tylko dlatego, że chciał to sobie odhaczyć w swoim życiu. Widząc go takim, prawdę mówiąc by mu w takim razie odradzała pójście, żeby się nie rozczarował jeszcze bardziej, bo martwiła się o niego, o jego serce, o to ile pecha miał w ostatnich miesiącach. Oboje mieli prawdę mówiąc – odkąd Victoria zakończyła pomiędzy nimi ten bardzo fizyczny aspekt relacji, to mało co się układało w życiu jednego i drugiego.
– Aaa… Też idziesz? Jakiś czas się zastanawiałam, czy cię nie zaprosić, ale sam wiesz jaka jest sytuacja, więc nie chciałam jej bardziej zaogniać. Tym bardziej, że jednak stanęło na tym, że pójdę z Saurielem – uśmiechnęła się do niego blado. – Ale to dobrze, że też będziesz – tu uśmiechnęła się nieco bardziej, cieplej. – Pokaż mi co masz, coś ci wybierzemy – ożywiła się trochę, bo lubiła buszować w garderobie Laurenta… zresztą chyba ze wzajemnością. Teraz w nowym mieszkaniu też walnęła sobie taką pokaźną, żeby zmieścić wszystkie swoje sukienki, suknie i mnogość koszuli, z czego lwia część od Rosierów, głównie od Christophera, ale nie tylko od niego (za to sukni od matki jej byłego narzeczonego nawet z domu rodzinnego nie zabrała, leżała gdzieś zamknięta w jakimś ciemnym i zakurzonym składziku pod schodami czy czymś takim). – Mmmm kojarzę nazwę i to tyle – mało się wyznawała w tych wszystkich klubach, bo rzadko tam bywała, nie miała na to czasu, zwłaszcza ostatnio. Chociaż do takiego, gdzie się włazi przez lodówkę to poszła z kuzynem ze dwa tygodnie temu. – To coś w stylu tego tam mugolskiego… karaoke? – dopytała jeszcze, coś tam kojarzyła ze świata mugolskiego, mgliście, ale jednak.
Zaśmiała się na jego stwierdzenie, że miałby krótszą sierść i wstała z ławki za Laurentem.
– Te kociaki zostały skrzywdzone, dlatego każdy z nich miał w sobie coś nietypowego. Nora mówiła, że na Kwiatuszka dzieci rzuciły jakieś zaklęcie dlatego jest niebieski i nie da się tego w ogóle cofnąć. Wiesz, że on świeci w ciemności? – dodała, zastanawiając się też przy tym nad Divą i resztą kociej ferajny. – Diva też pewnie swoje przeżyła, może dlatego ma takie długie futro. Może ktoś ją wrzucił do kociołka z eliksirem i chciał jej zrobić krzywdę i… wiesz. Opiła się go i tak już jest – mówiła dalej, wchodząc za blondynem do jego domu, potem do sypialni, w której tyle razy była, a potem do garderoby. Nie przejęła się, kiedy Laurent ściągnął przy niej koszulę, na wszystkich bogów, widziała go tyle razy… Ale nie przypominała sobie żadnych czarnych śladów na wysokość i lędźwi – i przykuły jej uwagę. Aż mógł poczuć lodowaty, choć delikatny jak dotyk motylich skrzydełek dotyk w tamtym miejscu, gdy Lestarnge się nie powstrzymała i musnęła jego skórę.
– A to co? Czy ja dobrze widzę, że masz tatuaż? – na moment te wszystkie koszule i marynarki musiały poczekać. Były sprawy ważne i ważniejsze.