29.05.2024, 07:07 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.05.2024, 08:19 przez Florence Bulstrode.)
Zbiegowisko przy stoisku Mulciberów, kawałek od trwającej bójki
Normalnie Florence próbowałaby powstrzymać Atreusa. Może nawet by zdołała, bo nauczona doświadczeniem i bez trzeciego oka umiała wypatrzeć drobne oznaki nadchodzącego kryzysu. Zawsze był w końcu porywczy.
Ale i przed jej oczami mignęła twarz Laurenta i zacisnęła tylko szczękę. Działać miała zamiar tylko, by nie pozwolić bratu za mocno się zagalopować. W końcu nie chciała, by wyrzucono go z pracy. Bo w to że chłopak sobie poradzi wierzyła, mało który czarodziej w ogóle umiał walczyć wręcz.
- Skrzywdził Laurenta - rzuciła do Victorii krótko i chłodno, choć jej oczy, zwykle zimne, teraz ciskały pioruny i to wcale nie dlatego, że zirytowało ją zachowanie brata (bo wprawdzie nie była tą bójką zachwycona, ale nie potrafiła go winić, sama miała chęć rzucić na Notta klątwę). Mówiła cicho i pochyliła się lekko w jej stronę. Sama ledwo kobietę znała, ale wiedziała, że ta jest blisko z jej kuzynem. I wolała, by nie rzuciła w plecy Atreusa zaklęcia. Zignorowała krzyki Alexandra i ani drgnęła, gdy pojawił się Robert i zaczął domagać się rozejścia. Znała go tylko z opowieści, śmierć ciotki uważała za efekt życia wśród Mulciberów i była gotowa obwiniać za to tę dziwną w jej oczach rodzinę, a poleceń słuchała tylko z ust ordynatora i swojej matki.
Ten chłopak tak naprawdę nic Florence nie obchodził. Nie wiedziała nawet, czy to jakiś syn czy pracownik Roberta, a świeczki, które tak zaciekawiły Atreusa sama uważała za mało zabawne, ba normalnie nigdy by ich nie dotknęła. Ale nagle poczuła falę współczucia do tej nieznanej sobie ciotki, która poślubiła takiego mężczyznę, dlatego jeśli chłopak wstał i zabrał "to gówno", obróciła się do Charlesa. Jego towar tak? Poza stoiskiem mógł go sprzedawać dalej.
- Młody człowieku, trzy poproszę - powiedziała spokojnie, jakby wokół nie działo się nic wielkiego. - A to za tę, którą zużył mój brat.
Tu wepchnęła mu pieniądze w dłoń, w końcu nie mogła pozwolić, by Bulstrodowie "ukradli" mu świeczkę.
Normalnie Florence próbowałaby powstrzymać Atreusa. Może nawet by zdołała, bo nauczona doświadczeniem i bez trzeciego oka umiała wypatrzeć drobne oznaki nadchodzącego kryzysu. Zawsze był w końcu porywczy.
Ale i przed jej oczami mignęła twarz Laurenta i zacisnęła tylko szczękę. Działać miała zamiar tylko, by nie pozwolić bratu za mocno się zagalopować. W końcu nie chciała, by wyrzucono go z pracy. Bo w to że chłopak sobie poradzi wierzyła, mało który czarodziej w ogóle umiał walczyć wręcz.
- Skrzywdził Laurenta - rzuciła do Victorii krótko i chłodno, choć jej oczy, zwykle zimne, teraz ciskały pioruny i to wcale nie dlatego, że zirytowało ją zachowanie brata (bo wprawdzie nie była tą bójką zachwycona, ale nie potrafiła go winić, sama miała chęć rzucić na Notta klątwę). Mówiła cicho i pochyliła się lekko w jej stronę. Sama ledwo kobietę znała, ale wiedziała, że ta jest blisko z jej kuzynem. I wolała, by nie rzuciła w plecy Atreusa zaklęcia. Zignorowała krzyki Alexandra i ani drgnęła, gdy pojawił się Robert i zaczął domagać się rozejścia. Znała go tylko z opowieści, śmierć ciotki uważała za efekt życia wśród Mulciberów i była gotowa obwiniać za to tę dziwną w jej oczach rodzinę, a poleceń słuchała tylko z ust ordynatora i swojej matki.
Ten chłopak tak naprawdę nic Florence nie obchodził. Nie wiedziała nawet, czy to jakiś syn czy pracownik Roberta, a świeczki, które tak zaciekawiły Atreusa sama uważała za mało zabawne, ba normalnie nigdy by ich nie dotknęła. Ale nagle poczuła falę współczucia do tej nieznanej sobie ciotki, która poślubiła takiego mężczyznę, dlatego jeśli chłopak wstał i zabrał "to gówno", obróciła się do Charlesa. Jego towar tak? Poza stoiskiem mógł go sprzedawać dalej.
- Młody człowieku, trzy poproszę - powiedziała spokojnie, jakby wokół nie działo się nic wielkiego. - A to za tę, którą zużył mój brat.
Tu wepchnęła mu pieniądze w dłoń, w końcu nie mogła pozwolić, by Bulstrodowie "ukradli" mu świeczkę.