Wyczuła krew – no przecież! Victoria przyjęła to z kamienną twarzą, nie wnikając po co Brenna w ogóle się przemieniała w wilka – ot normalny dzień w pracy, normalne dziwactwo panny Longbottom. Spojrzała na nią tylko z lekkim powątpiewaniem, ciągle na barkach czując absurd i surrealizm całej tej sytuacji, a ostatecznie wzruszyła na to lekko ramionami. Nie na całą sytuację, na problem, jaki tutaj miały, nie - tylko na to, jak to się stało, że Brenna ten problem w ogóle znalazła.
Całe szczęście dopuścili ją do kapitana, i całe szczęście, że jakoś się z nim dogadała, chociaż nie bez problemów. Nie była pewna, czy mówi niewyraźnie, czy typ udaje, że nie rozumie, przez krótką chwilę rozważała nawet pokazanie mu na migi co jest grane, ale na szczęście nie musiała robić tej pajacerki, bo mężczyzna w końcu przyjął do wiadomości, co mu próbowała cały ten czas przekazać (chociaż miała wrażenie że zamiast słuchać uważnie, to wolał się na nią po prostu gapić, a jego wzrok podejrzanie dużo razy zjechał nie tam, gdzie patrzy się z kiedy się z kimś rozmawia, ale Victoria nie zareagowała). Ale w końcu za nią poszedł.
No, to przedstawienie trupa miały już za sobą. Lestrange w ciszy przyglądała się reakcji kapitana, nim ten w końcu się do nich odezwał.
– Tak. Jestem aurorem, a tu jest detektyw brygady – odparła krótko, mając nadzieję, że typ znowu nie będzie miał problemu ze zrozumieniem. Ale słowo “auror” było chyba tak charakterystyczne, że powinien sobie chociaż z nim poradzić? Zaraz Brenna przejęła pałeczkę, i w sumie dobrze, Victoria więc przyglądała się scenie po czym upewniła się że drzwi do kabiny są zamknięte i kiwnęła głową na potwierdzenie, że poczekają na zastępcę. Potrzebowały kooperacji z kapitanem, żeby to wszystko się nie pokiełbasiło jeszcze bardziej.
– Dobra, poczekam tu… i popilnuję – i miała gorąca nadzieję, że jednak zastępca kapitana pojawi się szybciej niż później, i że to on się tu zjawi najpierw, a nie rodzina ofiary.