29.05.2024, 11:19 ✶
PÓŁNOCNE STRAGANY
Zlandrynkowane owoce były pyszne, aż zbyt pyszne, musiał walczyć ze sobą porządnie, by nie zjeść ich wszystkich. Nie było to łatwe, próbował, zapierał się nogami i rękom, ale skończyło się na tym, że ledwo, bo ledwo, ale jednak, dał radę spakować wszystko do plecaka i wstać z ławki. Dobrze, dokładnie tak. Nie mając w dłoniach torebki z jedzeniem, dużo łatwiej było się mu oprzeć. Nie chciał, żeby tyłek mu urósł, chociaż wiedział, że od czegoś takiego to się nie stanie, ale jednak. Już kiedyś we Francji byli grubi i bogaci i patrzcie, jak skończyli. No, co prawda on nie do końca był Francuzem, nie po całości, ale... No nieważne.
Rozejrzał się dookoła, nadal szukał czegoś wzrokiem, przechadzając się pomiędzy ludźmi i straganami, co chwila coś go kusiło, ale dzielnie i pewnie szedł przed siebie. No dobra, nie dzielnie i pewnie. Zestresowany i z wahaniem. Byt duże tłumy tu były, a on był zbyt nieprzygotowany do takich wielkich grup. Gdyby jeszcze planował tu wcześniej przyjść, ale to całe llamas mu umknęło. Za dużo miał na głowie, zbyt często wyjeżdżał. Może słyszał o festynie, ale uciekło mu to. Nieważny był powód dla którego był dzisiaj zaskoczony, ważne było to, że tu był i jego siły powoli, ale definitywnie zaczynały opadać. Zaraz będzie musiał sobie zrobić kolejny przystanek na ławce z landrynkami. NO ZOSTAW TE LANDRYNKI! Że też... W zęby mu pójdzie i będzie płacz, że musi iść do dentysty, wydawać pieniądze i cierpieć. Już łatwiej będzie, jak mu ciotka kamieniem zęba wybije, jak za starych dobrych czasów kiedy dopiero się przeprowadzili do Anglii. Wtedy to było. Jego tata właśnie tak stracił kilka zębów, bo na wsi dentysty nie było, a ból, to jednak ból, czasem człowiek nie wytrzyma kilku godzin w samochodzie aby dojechać do lekarza i jeszcze z myślą, że straci połowę majątku na leczenie. Gdyby mógł, to by był dentystą, ale nie może, jest za głupi, nie umiałby się wszystkiego wyuczyć, rozpoznać. Dlatego też nie chciał być lekarzem, ani nikim więcej niż zwykłym pajacem, co zbiera sobie zioła dla zabawy i miesza je, licząc, że nie zabije nikogo przypadkiem. No, coś wiedział, owszem, rozpoznawał rośliny, ale nigdy nie wiadomo! Chciałby pojechać do chin i poznać tamte rośliny, o jakich matka mu opowiadała. Zielarstwo tam ma bardzo mocną pozycję, chciałby to zobaczyć na własne oczy, dotknąć, spróbować, poleczyć się tamtejszymi krzakami. Nie będzie mu to jednak póki co dane, bo czasem ledwo ma pieniądze na paliwo. Leki podrożały, będzie dobrze, kiedyś wygra miliard na loterii pomimo tego, że nie bierze w niej udziału. Może odkryje nowe zioło? Nowego kwiata? Nowe zastosowanie jakiejś części rośliny. Mógłby dostać nobla! Czy za dostanie go dostaje się też pieniądze? Pewnie tak, na pewno dostaje się jakąś statuetkę czy inne coś, co można sprzedać, albo przetopić w coś bardziej wartościowego. Hm... To głupi plan, strasznie.
TAHIRA
Nawet nie zauważył, jak przeszedł na drugą stronę festynu. Szedł za tłumem, trochę szedł tam gdzie akurat było więcej przestrzeni i tak wylądował przy kolejnym stanowisku. Początkowo nie zwrócił na nie uwagi, od stoisko, jak stoisko, do tego masa ludzi była dookoła i na nich się skupiał. Miał w plecaku w końcu same cenne rzeczy! Nie chciał, by ktoś go podszedł, rozciął mu materiał plecaka i wykradł wszystko co z niego wypadnie. Chociaż... czy nie poczułby? Nie, no zaraz, musiał pamiętać, że jest wśród czarodziejów, oni mają swoje sposoby na oszukiwanie wszystkich dookoła. Magiczne sztuczki i iluzje dzięki którym nie poczujesz, jak twój plecak robi się dwa kilogramy lżejszy. Nie ufał, oj nie ufał.
Zerknął w końcu w bok, reflektując się, że ma obok siebie wina. Normalnie nie pijał alkoholu, czasem na spotkaniach, czy gdy faktycznie nostalgia wymagała procentów, ale sam ze sobą, żeby pił? Nigdy sam, nigdy, nigdy. Wszystko przed nim. Może kiedyś ktoś złamie mu serce tak mocno, że zacznie, kto wie. A może i nie, bo tu chodziło też o smak i zapach, a takie wino? Jest sensowne. Można dorzucić do niego jeszcze ziół, do wódki też. Musiał jeszcze w piwem pokombinować, chociaż nie czuł takiej potrzeby, piwo zdecydowanie nie grało mu we krwi, w końcu był francuzem, prawda? Tylko zwierzęta piją piwo, prawdziwi ludzie delektują się boskim winem. Ehh... Może powinien pojechać do Francji też, co? Przywieźć ojcu coś dobrego? Tylko nie ma po co tam jechać, nawet nie miałby gdzie tam zostać. Gdyby tylko miał jakichś przyjaciół ze szkoły, do jakich mógłby zagadać, czy może przenocować na noc czy dwie. Wszystkie te znajomości jakoś tak się rozjechały. Może to i dobrze? Nie traci czasu na dbanie o nie, może skupić się na innych rzeczach, jak na przykład... eee... Praca i zioła. Hm... No i oszczędza dużo pieniędzy, bo weź dojedź do takich znajomych, jeszcze kup jakiś podarunek, bo nie wypada z pustymi rękoma. No, bardzo, bardzo dużo jest rzeczy, jakie działają przeciwko wychodzenia z domu, tak, uznawał te argumenty. Praca, rodzina, zbieranie ziół, oto powodu dla których jest sens wychodzić z domu.