Nawet, jeśli Morpheusowi nie udało się bezpośrednio trafić w magimedyka, to zdecydowanie cześć kremu z jego ubrania migrowała podczas szarpaniny w stronę drugiego mężczyzny, brudząc mu przy tym tłustymi śladami ubranie. Longbottom dawał się ponieść nastrojom oraz własnej grozie, która wisiała nad nim wraz z czasem, który dział się dookoła niego. Jeszcze kilka chwil w mierze zwykłego umysłu, ledwie zmierzch i nadejdzie czas, aby przebrnąć przez mrok i lustra, które już nie należały do Alicji, a broni czyhającej na nich w mroku. Teraz byli młodzi, nawet jeśli w rzeczywistości on nie był, z siwizną na skroniach. Czuł się nadal młodo, w sile wieku, w końcu nie chodziło o to, czym może się przydać jako mięso armatnie, lecz co potrafi jego umysł.
— Powinien pan dobrze wiedzieć, że w wojnie i w miłości nie ma żadnych reguł — stwierdził wesoło, próbując usiąść na Basiliusie. Longbottomowie byli honorowi, kłaniając się po pojedynkach i nie wbijając noży w niewinnych, ale aby zachować szarmancką rycerskość i polerowaną zbroję, należało najpierw utłuc zwierzę, z którego zrobi się skórzane paski, trzymające to wszystko w całości. Dlatego planował tym razem po prostu złapać Basiliusa za ramiona, przyszpilić do bujnego trawnika i wytrzeć swoją brudną od ciasta twarz o jego. Żadnego rzucania. Na szczęście stół krył ich przed oceną Alka na to zachowanie, przecież Alek nikomu nic nie powie, najwyżej nie poda już nigdy Morpheusowi ręki, w obawie, że się zarazi.
Sukces!