29.05.2024, 14:35 ✶
Jagoda zapukała, a drewniane drzwi, na pozór dość ciężkie, otworzyły się ze skrzypnięciem nienaoliwionych zawiasów. Za drzwiami zaś… czyżby nie było nikogo?
Być może to wiatr targający gałęziami drzew otulających ten dom i nawałnica zamazująca obraz przed oczami zniekształciły jej percepcję, ale to, co czarownica ujrzała w środku, nijak nie pasowało do wizerunku prostej chatki, do której — jak się wcześniej zdawało — zmierzała. Znalazła się bowiem u progu sporej, acz przytulnej sieni. Jej wystrój nie odpowiadał być może obecnej modzie, lecz widać było na pierwszy rzut oka, że do kogokolwiek ów dworek należał, był on człowiekiem majętnym. Płytki podłogi układały się w roślinną mozaikę utrzymaną w odcieniach umbry, ściany z kolei wyłożono zdobioną ornamentami boazerią, której panele rozdzielały kwadratowe kolumny. Sufity wyrzeźbiono w mahoniu, przez co pomieszczenie składało się w elegancką, choć pełną przepychu całość. Wrażenia dopełniało bijące z wnętrza ciepło i zapachy jadła. Zdecydowanie gdzieś w głębi rezydencji podano pieczeń i Merlin jeden wie, jakie jeszcze frykasy.
— Mam zaszczyt powitać w Ochrowym Dworku, panno Brodzki. — Intuicyjnie głos ten przypisałoby się starszemu dystyngowanemu mężczyźnie. — Pan Binns z córkami oczekują już panienki w sali jadalnej.
Żadnego starszego eleganta jednak przed nią przecież nie było. Chociaż… głos dochodził z dołu. A tam, u stóp Jagody, stał czekoladowy jamnik w musztardowej musze.
Gdy spojrzała na niego, piesek schylił łebek w niby ukłonie, po czym obrócił się i — machając miarowo ogonkiem — podreptał przez sień ku dwuskrzydłowym drzwiom naprzeciw wejścia. Po obu ich stronach ustawiono wysokie kandelabry, a zapalone świece promieniowały ciepłym blaskiem na całą sień. Jeśli rzeczywiście znajdowała się za tamtymi drzwiami sala jadalna i gospodarze, to żadnych dźwięków biesiady na razie słychać bynajmniej nie było. Wręcz przeciwnie: nawet szum ulewy na zewnątrz ginął jakby w głuchej ciszy, która uwypuklała stukanie pazurków jamnika o płyty podłogi.
Piesek przystanął pod jednym z kandelabrów, a drzwi jadalni się uchyliły. Lekko, nie zdradzając jeszcze całej swojej tajemnicy, zapraszając do tego, aby je popchnąć i samemu ją odkryć.
Wedle słów jamnika, ktoś miał czekać tam na czarownicę, ale trudno było opędzić się od wrażenia, że dworek jest pusty. Żadnych dźwięków, żadnej… obecności. Świece paliły się, lecz nie spływały woskiem. Podłogi lśniły czystością, nie było na nich choćby paproszka kurzu. Boazerię bez ryski ni otarcia wprawić mogli równie dobrze chwilę temu.
Całość była jak ze snu, w którym nikt nie kłopotał się kreśleniem szczegółów.
Być może to wiatr targający gałęziami drzew otulających ten dom i nawałnica zamazująca obraz przed oczami zniekształciły jej percepcję, ale to, co czarownica ujrzała w środku, nijak nie pasowało do wizerunku prostej chatki, do której — jak się wcześniej zdawało — zmierzała. Znalazła się bowiem u progu sporej, acz przytulnej sieni. Jej wystrój nie odpowiadał być może obecnej modzie, lecz widać było na pierwszy rzut oka, że do kogokolwiek ów dworek należał, był on człowiekiem majętnym. Płytki podłogi układały się w roślinną mozaikę utrzymaną w odcieniach umbry, ściany z kolei wyłożono zdobioną ornamentami boazerią, której panele rozdzielały kwadratowe kolumny. Sufity wyrzeźbiono w mahoniu, przez co pomieszczenie składało się w elegancką, choć pełną przepychu całość. Wrażenia dopełniało bijące z wnętrza ciepło i zapachy jadła. Zdecydowanie gdzieś w głębi rezydencji podano pieczeń i Merlin jeden wie, jakie jeszcze frykasy.
— Mam zaszczyt powitać w Ochrowym Dworku, panno Brodzki. — Intuicyjnie głos ten przypisałoby się starszemu dystyngowanemu mężczyźnie. — Pan Binns z córkami oczekują już panienki w sali jadalnej.
Żadnego starszego eleganta jednak przed nią przecież nie było. Chociaż… głos dochodził z dołu. A tam, u stóp Jagody, stał czekoladowy jamnik w musztardowej musze.
Gdy spojrzała na niego, piesek schylił łebek w niby ukłonie, po czym obrócił się i — machając miarowo ogonkiem — podreptał przez sień ku dwuskrzydłowym drzwiom naprzeciw wejścia. Po obu ich stronach ustawiono wysokie kandelabry, a zapalone świece promieniowały ciepłym blaskiem na całą sień. Jeśli rzeczywiście znajdowała się za tamtymi drzwiami sala jadalna i gospodarze, to żadnych dźwięków biesiady na razie słychać bynajmniej nie było. Wręcz przeciwnie: nawet szum ulewy na zewnątrz ginął jakby w głuchej ciszy, która uwypuklała stukanie pazurków jamnika o płyty podłogi.
Piesek przystanął pod jednym z kandelabrów, a drzwi jadalni się uchyliły. Lekko, nie zdradzając jeszcze całej swojej tajemnicy, zapraszając do tego, aby je popchnąć i samemu ją odkryć.
Wedle słów jamnika, ktoś miał czekać tam na czarownicę, ale trudno było opędzić się od wrażenia, że dworek jest pusty. Żadnych dźwięków, żadnej… obecności. Świece paliły się, lecz nie spływały woskiem. Podłogi lśniły czystością, nie było na nich choćby paproszka kurzu. Boazerię bez ryski ni otarcia wprawić mogli równie dobrze chwilę temu.
Całość była jak ze snu, w którym nikt nie kłopotał się kreśleniem szczegółów.