29.05.2024, 17:12 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.05.2024, 17:47 przez Alexander Mulciber.)
Zbiegowisko przy straganie ze świecami Mulciberów. Na koniec posta stoję z puszką Fundacji im. Donalda Mulcibera, dosyć blisko bójki, która rozgrywa się za moimi plecami, i pozuję do zdjęcia.
Alexander Mulciber zawsze powtarzał, że kadzidełka i świeczki to ciota i chuj, a wyrób tychże przez boczną gałąź niegdyś dumnej rodziny Mulciber to pedalstwo, ale nikt go, kurwa, nie słuchał. No, może nikt oprócz Diany.
Kto by pomyślał, że będzie miał rację nie tylko w przenośni, ale i dosłownie: na stoisku sygnowanym nazwiskiem, które nosił on, jego brat, jego ojciec, i jego ojciec przed nim, pietrzyły się bowiem jeszcze przed chwilą świeczki w kształcie penisów.
Jak jednak głosiło znane porzekadło, "najtrudniej jest być jasnowidzem we własnej rodzinie". Robert dotychczas pozostawał głuchy na jego dobre rady - Alexander zaczął się zastanawiać, czy materiałem do produkcji świec Mulciberów nie jest przypadkiem woskowina pozyskiwana z kopalni w jego uszach - i oczywiście, skończyło się tak, jak się skończyło: ktoś wyrzeźbił z jego świeczuszek dildo.
Nie mój cyrk, nie moje małpy - jeszcze miesiąc temu właśnie w taki sposób podsumowałby całe to zamieszanie Alexander - mógłby zaśmiać się ironicznie pod nosem, i spokojnie oddalić w swoją stronę. Potem opowiedziałby o wszystkim Murtaghowi, racząc go przy okazji ciekawostkami na temat cygańskich obchodów święta upersonifkowanego penisa znanego jako Baro kar.
Mógłby, ale tego nie zrobił.
Choć nigdy tego nie chciał, był świadomy, że od czasu wypadku Donalda to na jego barkach spoczywa ciężar odpowiedzialność za ród Mulciberów. Pełnił teraz funkcję głowy rodziny, której nienawidził - której nawet nie znał, bo nie miał bladego pojęcia, jak nazywają się dzieci kuzynostwa: Sonia? Leopold? Ch... Chester? - ale wciąż, była to rodzina.
Szczerość w rodzinie to podstawa, rzucił jadowicie podczas ostatniego spotkania z robertem. Mógł mieć szczerą ochotę mu teraz przyjebać za całą tę śmieszną akcję z fundacją, ale przyszedł czas odsunąć na bok osobiste animozje i zadbać o to, by jebany Robert Mulciber, udający poukładanego, świętojebliwego patriarchę, który wie wszystko lepiej od wszystkich, nie pogrążył do końca ich reputacji. Wystarczyło, że już wyszedł z siebie, i Alexander był zmuszony widzieć go podwójnie. Kurwa, za jakie grzechy.
Bo jak tak Alex zaczął myśleć, to stwierdził, zaszokowany, że on i Diana wydają się całkiem ogarnięci życiowo w porównaniu z resztą tej mulciberowej zgrai.
- Poczekaj - rzucił ostro w stronę Roberta, ale zaraz machnął ręką, i zrezygnował z dalszych prób nawiązania kontaktu. Sam sobie poradzi z tym wszystkim.
- Halo, panie dziennikarzu - odezwał się zaraz do Isaaca, błyskając zębami w uśmiechu. Gdzieś z boku mignęła mu także twarz kuzynki Loretty, Victorii Lestrange, którą zawsze postrzegał jako wyjątkowo atrakcyjną - przypomniał sobie, że ostatnio widział ją chyba na pojedynku Louvaina z Nottem, i już wtedy przyciągnęła jego wzrok - choć kompletnie nie była w jego typie. Skupił się na Isaaku. - Zaszło małe nieporozumienie. Alexander Mulciber, miło poznać. - Uścisnął dłoń mężczyzny, skupiając całą jego uwagę na swojej osobie. - Będę szczery, panie Bagshot - Bycie jasnowidzem wiązało się z pewnymi przywilejami, to jest, zdolnością szybkiego przewidzenia intencji rozmówcy. Czasem zaś wystarczyło po prostu zbić go z pantałyku.
Ostre spojrzenie jaskrawo niebieskich oczu Alexandra wwiercało się nieubłaganie w czaszkę mężczyzny, choć w słowach Mulcibera nie było ani krzty wrogości, wręcz przeciwnie: oczywiście, wciąż sprawiał wrażenie zdystansowanego, jego uśmiech był krótki, i tchnął aroganckim sznytem, ale mowa ciała była swobodna, zachęcająca do rozmowy.
- Cholernie mi głupio. To stoisko dzieciaków kuzyna - zniżył głos, aby tylko Isaac mógł go usłyszeć - gorzej sytuowanego, rozumie pan, nigdy nie miał głowy do interesów - zaraz wrócił jednak do normalnego tonu - dorabiają sobie na tych świecach pod okiem ojca. Ale tamtemu wąs już siwieje, nie upilnuje ich przecież, a tu młodość, gorąca krew aż kipi: zdolni są, ale potwornie bezmyślni. Nie chcieli wywołać żadnej sensacji. Zażartowali sobie, ot, zbereźny kawał. To dobre, proste chłopaki, starają się jak mogą - nie ich wina, że są upośledzeni w stopniu lekkim. - Zmierzył Isaaka spojrzeniem z góry. - Przez wzgląd na rodzinę, proszę nie publikować tego materiału. Mogę zamiast tego opowiedzieć panu o fundacji, którą utworzyła nasza rodzina... Tak, materiał na wyłączność. Może wywiad potem, a najpierw jakąś fotka? Wymaże pan tamto. Obejdziemy się bez pokazywania ludziom tej chujni - rzucił kpiarsko Alexander, i pociagnął za sobą Isaaka, by ten zrobił mu zdjęcie.
Ustawił się tak, by w tle zdjęcia widać było panoramę kolorowych straganów wzniesionych z okazji Lammas, kierując kamerę z dala od stoiska z akcesoriami erotycznymi sygnowanego nazwiskiem Mulciber. Już wcześniej zgarnął ze stoiska, za którym stał teraz Leonard puszkę na datki dla Fundacji imienia Donalda Mulcibera walczącej z magirasizmem.
- Cykaj szybko te zdjęcia, panie korespondencie wojenny - warknął zachęcająco Mulciber, jakby żartobliwie. Upewnił się, że dobrze stoi, tak, żeby na zdjęciu wyjść z promiennym uśmiechem przyklejonym do przystojnej twarzy - trzymając puszkę na datki, podniósł do góry kciuk w zachęcającym geście - rozkazał Isaacowi zadbać o to, aby w tle widać było Atreusa Bulstrode'a napieprzającego Philipa Notta woskowym penisem.
Gdy przestał słyszeć klik aparatu, przyjął z powrotem neutralny, może tylko lekko wkurwiony wyraz twarzy, i opuścił kciuk. Ale chuj złamany z tego Roberta Mulcibera, pomyślał nienawistnie.
na percepcję, by ogarnąć cały ten chaos dookoła, w tym na nici powiązań
Alexander Mulciber zawsze powtarzał, że kadzidełka i świeczki to ciota i chuj, a wyrób tychże przez boczną gałąź niegdyś dumnej rodziny Mulciber to pedalstwo, ale nikt go, kurwa, nie słuchał. No, może nikt oprócz Diany.
Kto by pomyślał, że będzie miał rację nie tylko w przenośni, ale i dosłownie: na stoisku sygnowanym nazwiskiem, które nosił on, jego brat, jego ojciec, i jego ojciec przed nim, pietrzyły się bowiem jeszcze przed chwilą świeczki w kształcie penisów.
Jak jednak głosiło znane porzekadło, "najtrudniej jest być jasnowidzem we własnej rodzinie". Robert dotychczas pozostawał głuchy na jego dobre rady - Alexander zaczął się zastanawiać, czy materiałem do produkcji świec Mulciberów nie jest przypadkiem woskowina pozyskiwana z kopalni w jego uszach - i oczywiście, skończyło się tak, jak się skończyło: ktoś wyrzeźbił z jego świeczuszek dildo.
Nie mój cyrk, nie moje małpy - jeszcze miesiąc temu właśnie w taki sposób podsumowałby całe to zamieszanie Alexander - mógłby zaśmiać się ironicznie pod nosem, i spokojnie oddalić w swoją stronę. Potem opowiedziałby o wszystkim Murtaghowi, racząc go przy okazji ciekawostkami na temat cygańskich obchodów święta upersonifkowanego penisa znanego jako Baro kar.
Mógłby, ale tego nie zrobił.
Choć nigdy tego nie chciał, był świadomy, że od czasu wypadku Donalda to na jego barkach spoczywa ciężar odpowiedzialność za ród Mulciberów. Pełnił teraz funkcję głowy rodziny, której nienawidził - której nawet nie znał, bo nie miał bladego pojęcia, jak nazywają się dzieci kuzynostwa: Sonia? Leopold? Ch... Chester? - ale wciąż, była to rodzina.
Szczerość w rodzinie to podstawa, rzucił jadowicie podczas ostatniego spotkania z robertem. Mógł mieć szczerą ochotę mu teraz przyjebać za całą tę śmieszną akcję z fundacją, ale przyszedł czas odsunąć na bok osobiste animozje i zadbać o to, by jebany Robert Mulciber, udający poukładanego, świętojebliwego patriarchę, który wie wszystko lepiej od wszystkich, nie pogrążył do końca ich reputacji. Wystarczyło, że już wyszedł z siebie, i Alexander był zmuszony widzieć go podwójnie. Kurwa, za jakie grzechy.
Bo jak tak Alex zaczął myśleć, to stwierdził, zaszokowany, że on i Diana wydają się całkiem ogarnięci życiowo w porównaniu z resztą tej mulciberowej zgrai.
- Poczekaj - rzucił ostro w stronę Roberta, ale zaraz machnął ręką, i zrezygnował z dalszych prób nawiązania kontaktu. Sam sobie poradzi z tym wszystkim.
- Halo, panie dziennikarzu - odezwał się zaraz do Isaaca, błyskając zębami w uśmiechu. Gdzieś z boku mignęła mu także twarz kuzynki Loretty, Victorii Lestrange, którą zawsze postrzegał jako wyjątkowo atrakcyjną - przypomniał sobie, że ostatnio widział ją chyba na pojedynku Louvaina z Nottem, i już wtedy przyciągnęła jego wzrok - choć kompletnie nie była w jego typie. Skupił się na Isaaku. - Zaszło małe nieporozumienie. Alexander Mulciber, miło poznać. - Uścisnął dłoń mężczyzny, skupiając całą jego uwagę na swojej osobie. - Będę szczery, panie Bagshot - Bycie jasnowidzem wiązało się z pewnymi przywilejami, to jest, zdolnością szybkiego przewidzenia intencji rozmówcy. Czasem zaś wystarczyło po prostu zbić go z pantałyku.
Ostre spojrzenie jaskrawo niebieskich oczu Alexandra wwiercało się nieubłaganie w czaszkę mężczyzny, choć w słowach Mulcibera nie było ani krzty wrogości, wręcz przeciwnie: oczywiście, wciąż sprawiał wrażenie zdystansowanego, jego uśmiech był krótki, i tchnął aroganckim sznytem, ale mowa ciała była swobodna, zachęcająca do rozmowy.
- Cholernie mi głupio. To stoisko dzieciaków kuzyna - zniżył głos, aby tylko Isaac mógł go usłyszeć - gorzej sytuowanego, rozumie pan, nigdy nie miał głowy do interesów - zaraz wrócił jednak do normalnego tonu - dorabiają sobie na tych świecach pod okiem ojca. Ale tamtemu wąs już siwieje, nie upilnuje ich przecież, a tu młodość, gorąca krew aż kipi: zdolni są, ale potwornie bezmyślni. Nie chcieli wywołać żadnej sensacji. Zażartowali sobie, ot, zbereźny kawał. To dobre, proste chłopaki, starają się jak mogą - nie ich wina, że są upośledzeni w stopniu lekkim. - Zmierzył Isaaka spojrzeniem z góry. - Przez wzgląd na rodzinę, proszę nie publikować tego materiału. Mogę zamiast tego opowiedzieć panu o fundacji, którą utworzyła nasza rodzina... Tak, materiał na wyłączność. Może wywiad potem, a najpierw jakąś fotka? Wymaże pan tamto. Obejdziemy się bez pokazywania ludziom tej chujni - rzucił kpiarsko Alexander, i pociagnął za sobą Isaaka, by ten zrobił mu zdjęcie.
Ustawił się tak, by w tle zdjęcia widać było panoramę kolorowych straganów wzniesionych z okazji Lammas, kierując kamerę z dala od stoiska z akcesoriami erotycznymi sygnowanego nazwiskiem Mulciber. Już wcześniej zgarnął ze stoiska, za którym stał teraz Leonard puszkę na datki dla Fundacji imienia Donalda Mulcibera walczącej z magirasizmem.
- Cykaj szybko te zdjęcia, panie korespondencie wojenny - warknął zachęcająco Mulciber, jakby żartobliwie. Upewnił się, że dobrze stoi, tak, żeby na zdjęciu wyjść z promiennym uśmiechem przyklejonym do przystojnej twarzy - trzymając puszkę na datki, podniósł do góry kciuk w zachęcającym geście - rozkazał Isaacowi zadbać o to, aby w tle widać było Atreusa Bulstrode'a napieprzającego Philipa Notta woskowym penisem.
Gdy przestał słyszeć klik aparatu, przyjął z powrotem neutralny, może tylko lekko wkurwiony wyraz twarzy, i opuścił kciuk. Ale chuj złamany z tego Roberta Mulcibera, pomyślał nienawistnie.
na percepcję, by ogarnąć cały ten chaos dookoła, w tym na nici powiązań
Rzut PO 1d100 - 47
Sukces!
Sukces!
Rzut PO 1d100 - 43
Sukces!
Sukces!
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat