— Tego nie wiemy — odpowiedziała z wymuszonym spokojem, gdy drobniutka igła wymsknęła się Ambrosii z ust. Peppa była zbyt dramatyczna. Wszyscy tu zebrani nosili w sobie pokłady strachu, frustracji i bezsilności wynikające z obecnej sytuacji, ale panna Potter namiętnie odbierała każdą nutę personalnie. — Gdybyśmy wiedzieli, to bym powiedziała.
Tajemniczy głos dalej trzymał Peppę w niepewności. Chce ją uchronić? A co, jeśli jest wręcz przeciwnie? A w zagajnik na pewno się nie rzuci, nie w tym stroju. Ze wskazówki jednak skorzysta. Wróciła myślami do mapy okolicy, którą studiowała z Penny. Starała sobie przypomnieć, czy było coś na mapie w miejscu zagajnika, i czy znajdował się on na terenie omijanym przez nieszczęścia, czy nie.
Wtedy wpadło jej też coś do głowy.
— A co jeśli to przez tutejszą naturę tą okolicę omijają nieprzyjemności? Może te zwariowane gałęzie zabijały każdego podróżnika z dżumą, gdy tylko przekroczył granicę, dlatego choroba tu nie dotarła? — Rzuciła na tyle głośno, by Ambrosia i Morpheus ją usłyszeli. — Kim był w ogóle ten mężczyzna, który rozpętał pożar? O co chodziło w zamieszaniu, które wybuchło rano? I jak to się wiąże z Bagshotem?
Wiedziała, że nie tylko ją zaangażowano w przypadkowe zadanie. Niestety nie wyłapała już, czego dotyczyły inne. Reszta gości Windermere chyba opuściła ośrodek. Na pewno zbiegliby się słysząc hałasy, a była tu tylko ich garstka. W tym momencie postanowiła włączyć szare komórki, zdobyć więcej informacji i poskładać jakoś te puzzle. Bo jak nie ona, to kto?