Powoli przesunął się między straganami z puchatym kotem na rękach korzystając z tego, że jeszcze widowisko się nie rozpoczęło i była chwila na przejrzenie, co też ciekawego tutaj mają. Tutaj. W tym miejscu, które nie było zorganizowane przez Kowen. To nasuwało do głowy pytanie, czy w ogóle powinien się tutaj znajdować... ale nie miało to dla niego większego znaczenia w tym momencie. Tak samo jak przy okazji wyleciała mu z głowy myśl, że przecież miał ważniejszą sprawę do zrobienia - zostawienie kota w domu albo u Nory. Zapomniał o tym całkowicie. Ściskanie tej białej kulki było zbyt przyjemne, nawet jeśli zostawiła ślad pazurów na jego ręce. Do wesela się zagoi. Byle nie jego własnego wesela.
Błysk świecidełek zwabił skutecznie tak jego samego jak i nawet kota. Magiczny zwierzak, który równie umiłował sobie błyskotki co jego właściciel, od razu poruszył wibrysami. Prawie jak antena namierzająca cudeńka, taka mini wersja Niuchacza. Przy czym te drugie były naprawdę niebezpieczne do zabierania ze sobą i noszenia gdziekolwiek, bo były zdolne do odrobinę za dużych szkód. Nawet jeśli potrafiły zachwycić inteligencją i były przy tym przeurocze. Elegancki stragan zachęcający swoją nazwą był więc tym, na który młody Prewett spojrzał swoim przychylnym okiem. Nie pokusił się jednak na uśmiech w kierunku Tristana, ale na razie nawet na niego nie spojrzał - miał oczy skupione na samym zaprezentowanym towarze. Jednocześnie nie podszedł na tyle blisko, żeby mówić o tym, by prezentował się jako klient. Takim też sposobem nie dojrzał Olivii, ani nawet niekoniecznie zwrócił uwagę na Leona. Niby widział te błyskotki, które zachęcały, ale jednocześnie myślami znajdował się trochę w innym punkcie - w punkcie, w którym zastanawiał się, co w ogóle miał ze sobą samym zrobić na tym kiermaszu. Wracać już do domu? Zająć się czymś? Może znaleźć Florence albo Atreusa? Poszukać znowu Victorii? Niee, kobieta dobrze się bawiła, nie chciał jej psuć tego. Miał szczerą nadzieję, że Atreus też dobrze się bawił (meantime Atreus...).
W końcu podniósł oczy i zrobił ten krok do przodu i zdziwienie ozdobiło jego twarz.
- Dzień dobry. Miło mi cię widzieć, Olivio. - Przywitał się z towarzystwem, ale wyłuszczył tutaj Olivię z dość oczywistego powodu - ją dobrze znał. - Czy to prawdziwe kamienie szlachetne? - Uniósł jedną z bransoletek, przypatrując się klejnotu, który był w nią wkomponowany. Diva w jego rękach sama się wyciągnęła na jego ramieniu i nosem sięgnęła do kamienia, jakby chciała to sama ocenić, skoro pytanie padło. Zupełnie jakby rozumiała. Może rozumiała. Ale prawda była jedynie taka, że miała równego hopla na punkcie błyskotek co właściciel. - Bardzo ładne. - Nie chodziło tylko o bransoletkę, bo powiedział to odłożywszy ją i przyglądając się innym cudom i wyrobom.
Sukces!
Sukces!