29.05.2024, 18:23 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.06.2024, 10:59 przez Rodolphus Lestrange.)
Ogród, przechodzimy do jadalni, do drinków
Być może to było znużenie, a być może mężczyzna miał po prostu taką twarz. Chociaż raczej coś mu nie pasowało i najprawdopodobniej był to sam fakt, że się znalazł na weselu, bo w stosunku do Laurenta starał się zachowywać uprzejmie. Być może nie był zbyt wylewny, być może nie palił się do nawiązywania znajomości, lecz przynajmniej w jego oczach nie widać było złości, a twarz nie wykrzywiała się w grymasie pogardy. Zawsze coś, prawda?
- Jeżeli mówi pan o Victorii, to owszem - Loretta prędzej spaliłaby kwiaty razem z połową ogrodu, by potem móc ten piękny widok niszczycielskiej pożogi uwiecznić na obrazie. Wiedział o tym niemal każdy, kto chociaż trochę orientował się w ich świecie. - Właśnie ona postanowiła zabawić się w dekoratora wnętrza mojego mieszkania. Na szczęście na ten moment skończyło się na jednej... powiedzmy że roślinie. Ale ile potrwa ten moment?
O ile znał Victorię, nie odpuści i jak tylko wróci tam, dokąd miała płynąć, to wyśle mu kolejne chwasty. Albo i jakiś baobab z Afryki czy ki chuj. Czy w Afryce rosły baobaby? Nie miał pojęcia, ale nazwa pasowała do kontynentu.
Gdy blondyn wspomniał o zabawie w boga, Lestrange przekrzywił nieco głowę. Świdrował mężczyznę wzrokiem, jakby musiał dłużej zastanowić się nad odpowiedzią. Analizował ją w milczeniu, co było dla niego czymś naturalnym. Być może niektórym taki tok prowadzenia rozmowy wydawał się mało dynamiczny i jeszcze mniej ciekawy, ale dla niego był całkowicie naturalny. Jednocześnie nie wyglądał na kogoś, kto lubił przyćpać, spojrzenie miał bystre i nie miał w swoich ruchach tej powolnej "gracji", którą miewali narkomani czy osoby otępiałe psychicznie.
- Nie mogę się nie zgodzić - ach, hipokryzja aż kipiała w jego wnętrzu, ale przecież Laurent nie wiedział, że praca Rodolphusa to była właśnie taka zabawa w boga. Zarówno praca w Ministerstwie, jak i poza nim. - Jestem ciekaw, jak im to wyjdzie.
Dodał do kolejnej jego wypowiedzi nie bez nuty złośliwości. Bo doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że Vespera i Perseus zaprosi masę osób ze świata czarodziejów, którzy mieli ze sobą na pieńku. Spodziewał się chaosu, lecz chciał opuścić wesele zanim osiągnie on swój pik. A przynajmniej taki miał plan, bo gdy Laurent powiedział o drinku, zwątpił. Nie pił i nie miał zamiaru teraz tego zmieniać, zwłaszcza w otoczeniu tylu żmij i złośliwych węży. Ale mógł wejść do środka, czemu nie. Zwłaszcza że gdzieś z boku dostrzegł ruch, który mógł sugerować, że ludzie ogrodami i fontanną zaczęli się interesować.
- Nie piję. Ale i tak miałem wchodzić do środka - odpowiedział zaskakująco łagodnie, lecz bez cienia przeprosin w głosie. Nie miał zamiaru nikomu nigdy dawać do zrozumienia, że przeprasza za swoje wybory życiowe. Już nie.
Przeszli do środka i już w chwili gdy stopa Rodolphusa przekroczyła próg sali, wiedział że powinni byli zostać w ogrodzie. W środku oczywiście że panował chaos. I to przy drinkach, do których mieli zmierzać. Lestrange zwolnił, miał ochotę przetrzeć oczy. Nie wiedział czym jest kapibara, ale widział przed sobą scenę, w którą nie uwierzyłby, gdyby ktoś mu o niej opowiadał. Kurde, teraz też ciężko było mu w to uwierzyć. Spojrzał powątpiewająco na Laurenta, co praktycznie nigdy mu się nie zdarzało. Zawsze emanował pewnością siebie, zawsze wiedział co powiedzieć i co zrobić. Ale na widok radośnie kopytkującej owłosionej świni przy czekoladowej fontannie po prostu zgłupiał. Sam Merlin by zgłupiał. Jego wzrok wyłapał też Bellatrix z różdżką. Powinien był zostać w tym cholernym ogrodzie. Zatrzymał się więc, nie mając zamiaru pchać się w sam środek wydarzenia.