Pogrążyła się w swoich myślach, jak często to miała w zwyczaju, kiedy zmierzała w sobie tylko znanym kierunku. Ponadprzeciętnie wysoka, samotna i z połową twarzy skrytą za biało-żółtym szalikiem.
Uderzenie w ramię było na tyle niespodziewane, że aż się zatoczyła, poślizgnęła i przejechała kilka metrów na lodzie, dopóki nie zderzyła się z kolejną osobą. Dopiero teraz dotarło do niej to, co wcześniej podświadomość próbowała wypchnąć do świadomości — krzyki i charakterystyczne trzaski i świsty rzucanych zaklęć.
Nie musiała się wysilać, by spojrzeć ponad głowami ludzi, co takiego się dzieje i czemu nagle wszyscy w panice próbują uciec w przeciwnym kierunku, to jest w jej stronę.
Czerwona wstęga przecięła powietrze pomiędzy kilkoma czarodziejami i trafiła jednego z nich, ale Regina nie była jeszcze w stanie określić, co dokładnie się dzieje. Pchana bardziej odruchem, niż pomyślunkiem, zaczęła przepychać się przez ludzi w stronę całego tego zamieszania, aż wreszcie nie zobaczyła krwistych smug na śniegu.
Kałuża juchy powiększała się dookoła kilku zdecydowanie martwych osób, leżących na śniegu jakieś cztery lub pięć metrów od Śmierciożerców.
Nawet nie zanotowała, kiedy w jej ręku pojawiła się różdżka. Zresztą nie było na to czasu, bo w mgnieniu oka ulica opustoszała i jedynymi, którzy na niej pozostali, były cztery ubrane na czarno postacie, jakiś czarodziej za nimi i ona. Dwa z czterech cieni zwróciły zamaskowane twarze w jej stronę i zaraz też wycelowały w nią różdżki.
— Co tu się… — nie dokończyła, bo musiała zasłonić się przed wymierzonymi w nią zaklęciami.
Protego nie było trudne i odruchowo zrobiła gest różdżka, dzięki któremu pomiędzy nią a atakujacymi powstała błękitna, lekko prześwitująca ściana.
Olbrzymka nie trafiła czasu, zaraz po zaklęciu obronnym przystąpiła do ofensywy, rzucając w stronę wyższego Śmierciożercy zaklęcie rozbrajające.