Ledwie zdążyła musnąć kieliszek ustami usłyszała głos, który najprawdopodobniej zwracał się do niej. Nie spodziewała się tego, bo ciągle była zapatrzona w tę nieszczęsną fontannę, także prawie zakrztusiła się alkoholem. Odkaszlnęła głośno, co może nie było zbyt eleganckie, ale nie miała zamiaru się udusić i dopiero wtedy przeniosła spojrzenie na mężczyznę, który znalazł się obok. Oczy miała czerwone przez tę chwilową walkę o życie, jednak na jej twarzy malował się serdeczny uśmiech, który mógłby roztopić najbardziej zamarznięte serce.
- Tak, to ja. - Nadal się uśmiechała, chociaż przez chwilę zastanawiała się kim jest ów mężczyzna, zmrużyła oczy i spoglądała na niego dłuższą chwilę. Połączyła kropki, Norka może nie wyglądała, ale była naprawdę zorientowaną osobą. - Anthony Shafiq? Jeśli mnie wzrok nie myli. - Wolała się upewnić, że dobrze skojarzyła fakty i mieć pewność, że jej rozmówca faktycznie tym, kim się jej wydaje. Czytała ostatnio artykuł o jego negocjacjach z Kambodżą, co ciekawe pewnie, jako pewnie jedna z niewielu osób wiedziała, gdzie Kambodża się znajduje.
- Muszę przyznać, że nie wygląda pan jak ktoś, kto interesowałby się takimi zwyczajnymi zajęciami jak cukiernictwo. - Nie podejrzewałaby nigdy, że tak jest, ale właściwie może nie warto oceniać książki po okładce? Każdy miał swoje tajemnice.
- Nie sądziłam, że pojawiają się takie plotki, aczkolwiek może być w tym trochę prawdy, moi przyjaciele dbają o to, aby nie zabrakło mi klientów, dzięki czemu słodkości które tworzę miały szansę znaleźć spore grono odbiorców. - Uśmiech, kolejny uśmiech. Figg była po prostu ciepłym człowiekiem, nie sądziła, że ktoś mógłby ją oszukiwać, czy kłamać, bo po co?
Nie zdążyła powiedzieć zbyt wiele, bo wtedy pod ich nogi wpadła dziewczynka. Norka w panice odskoczyła do tyłu, o krok, nie więcej. Była pierdołą, jedną z największych, więc ledwie co utrzymała kieliszek w dłoni przy tym, jakże skomplikowanym manewrze.
Kiedy dziewczynka odezwała się do Shafiqa przeniosła na niego swój wzrok. W sumie to mogło być jego dziecko, był już chyba wystarczająco stary, żeby jakieś posiadać, zresztą ona była młoda, a już swoje miała... Nie zdziwiło więc ją to z początku niemalże wcale.
Po chwili dziewczynka zaczęła płakać i mówić, że nie są jej rodzicami. Musiała się zgubić, o co wcale nie było trudno. Panna Figg przykucnęła, żeby znaleźć się obok dzieciaka. - Hej, skarbulku, nic się nie dzieje, zaraz znajdziemy mamusię. - Podała jej nawet swoją dłoń, żeby i im się nie zgubiła. Rozejrzała się przy tym po okolicy. Dostrzegła ją, nie znała może tej kobiety jakoś specjalnie kojarzyła jednak i dzieciaka i ją. Podniosła się na nogi. - Mamusia jest tam. - Pokazała spojrzeniem swojemu towarzyszowi, jakie tam ma na myśli, w jej głosie można było usłyszeć ironię, bo nie podobało jej się to, że dzieciak biegał bez żadnej opieki, a mamusia miała to wszystko w nosie zajęta kopceniem.