29.05.2024, 20:40 ✶
Anthony był porywczy, zwłaszcza jeśli chodziło o Stanleya, któremu przecież ufał najbardziej na świecie. Nawet jeśli żałował swoich słów lub akcji kilka sekund po tym, jak miały miejsce, nie mógł już nic z tym zrobić. Ojciec dał mu niewiele cennych lekcji w życiu, mało wskazówek i rad, które powinien mieć dla syna, ale mawiał, że mężczyzna nie powinien przepraszać za swoje emocje, skoro zdecydował się je okazać. Tylko właśnie — to chodziło o Staśka. Gdyby to był ktokolwiek inny i zdradziłby go tak mocno (oczywiście było to zbyt mocne, niesione chwilą), to wyszedłby, a nie zdecydował się zostać. Dużo dla niego robił. Byli zupełnie inni, ale przecież starszy Borgin musiał to wiedzieć. Dlaczego więc mu nie powiedział? Dlaczego więc go wykluczył z tak istotnego elementu swojego życia? Kolejny raz westchnął, zwilżył wargi, czując na nich posmak palonego jakiś czas wcześniej papierosa. Może faktycznie to wszystko stało się nagle i po prostu nie miał okazji? Wypowiedziane przez brata "tak" roznosiło się echem po jego głowie, razem z całą serią przekleństw.
Byli wizualnie podobni, Robert był dobrym czarodziejem. A jednak go zostawił, zignorował własnego syna i to chyba Antka bolało najbardziej. Reakcja Stanleya, chęć nawiązania z mężczyzną więzi i brak większych emocji, jakby wcale nie był powodem jakiegoś stopnia skrzywienia w jego życiu. Może gdyby miał ojca, to podjąłby kilka decyzji inaczej? Może to on byłby głową rodu, a nie pasujący jak wrzód na dupę Antek do tej roli. Mimowolnie zerknął na pierścień, który nosił na palcu, czasem był on naprawdę ciężki.
Gotowało się w nim, chciałby rzucić krzesłem, ale się opanował. Starał, naprawdę się kurwa dla niego starał, bo chcąc czy nie, Borgin starszy go wychował i był mu to winien. Jak to możliwe, że w ostatnich miesiącach coraz mocniej odnosił wrażenie, że całe jego życie było jakąś paradą przysług i okazywania wdzięczności, w których on sam ginął lub też nie było na niego miejsca? Bywały chwile, że najchętniej przestałby być Anthonym Borginem, tylko jakimś mało znaczącym Jackiem Snowem, który mógłby wieść szczęśliwe życie z Brenną Longbottom. Marzył, żeby po prostu wyjść z tego obiadku. I chyba pierwszy raz poczuł się naprawdę samotny, bo Stasiek wcale nie był "jego bratem i przyjacielem", miał widocznie ludzi ważniejszych w swoim życiu. Oczywiście wiedział o tym od dawna, po prostu skutecznie ignorował szepczącą mu w głowie myśl.
- Najwidoczniej tak. - powtórzył jedynie, patrząc w swój talerz i jedząc, całkiem smaczną zapiekankę, którą bardziej by chwalił, gdyby nie okoliczności. Nawet brukselka była dobra, zawsze uważał, że kalafior był gorszy. Siedział prosto i cicho, grzecznie, zachowując maniery, które wcześniej stracił. Cóż za plama na honorze, ale do tego powinni się przyzwyczaić, bo przecież od tego Anthony był w tej rodzinie. Żeby trzeba było go temperować i ratować, a potem pociągać za sznurki tak, żeby było, jak szanowny dziadek i i cała reszta sobie wymyśli. Znajdą mu żonę, wybiorą mu sypialnie, będzie miał nawet jakiegoś skrzata od wiązania butów. Świetlana, cudowna przyszłość — z nowym akcentem w postaci Roberta i jego rodziny. Wuja Roberta właściwie. Chrząknął, popijając zaraz, co miało stłumić parsknięcie będące odpowiedzią na jego myśli.
- Nie przepraszaj, zrobiłeś, co uznałeś za stosowne i najlepsze w danej sytuacji. To ja przepraszam, wybuchłem, zupełnie niepotrzebnie. - odparł krótko na monolog Staśka, obdarzając go krótkim spojrzeniem i nawet uniósł kąciki ust, aby zaraz wrócić do swojego talerza. Miał te wszystkie kwestie wyuczone. Drużynie? Chyba z Saurielem, ale tego już na głos nie powiedział. Dopiero teraz zerknął na Roberta nieco dłużej, ale nie zapytał o nic. Wujek wyglądał na przynajmniej niezadowolonego i rozczarowanego, do takiego widoku twarzy był przyzwyczajony, bo jego stary miewał taki ciągle. Nie zrobiło to na nim większego wrażenia, nawet nieco był zaskoczony brakiem siarczystego policzka lub zaklęcia, które doprowadziłoby go do porządku. To znał.
- Działania i struktura organizacji pozostawia wiele do życzenia. Im więcej masz wrogów, tym większy respekt budzisz. Wybacz mi proszę moją reakcję, Wu.. Robercie. - zmienił zdanie, podnosząc na niego wzrok. Nadziany na widelec groszek zabłyszczał. - To nie jest właściwie moja sprawa, ale mam nadzieję, że odnajdziecie właściwą drogę. Naprawdę, doskonała zapiekanka. To miętowy groszek?
Zjadł zawartość widelca, brzmiąc względnie normalnie. Popił, wytarł usta serwetką, gdy dojadł. A potem zerknął na zegarek, licząc coś w myślach. Czy mógł już pójść? Lepiej będzie, jak sami sobie tu porozmawiają. Wstał więc, wsuwając po sobie krzesło i poprawił koszulę. Zawsze prezentował się nienagannie, jeśli chodziło o aparycję.
- Muszę jeszcze załatwić pewne sprawy w Ministerstwie. Bardzo dziękuje za zaproszenie i doceniam fakt wtajemniczenia w wasz sekret. Mam nadzieję, że uda nam się to powtórzyć, zrobię następnym razem może kolację u siebie? - uśmiechnął się, słysząc w głowie szepty narastającej chęci zapalenia papierosa. I może powinien spędzić wieczór na motorze? To zawsze poprawiało mu humor. - Dbajcie o siebie wzajemnie Panowie, życzę smacznego deseru.
Pożegnał się raz jeszcze, kiwając do nich głowami i dłonią pokazując, żeby go nie odprowadzali. Sam przecież trafi do drzwi, a zresztą skrzat i tak go odprowadzi. Zdecydowanie lepszą informacją byłby Staśka zaręczyny z córką Roberta, które teraz wydały mu się śmiesznym żartem, bo pokręcił głową, tłumiąc śmiech. Gdy wyszedł, odszedł kawałek i teleportował się do swojego niewielkiego mieszkania.
Byli wizualnie podobni, Robert był dobrym czarodziejem. A jednak go zostawił, zignorował własnego syna i to chyba Antka bolało najbardziej. Reakcja Stanleya, chęć nawiązania z mężczyzną więzi i brak większych emocji, jakby wcale nie był powodem jakiegoś stopnia skrzywienia w jego życiu. Może gdyby miał ojca, to podjąłby kilka decyzji inaczej? Może to on byłby głową rodu, a nie pasujący jak wrzód na dupę Antek do tej roli. Mimowolnie zerknął na pierścień, który nosił na palcu, czasem był on naprawdę ciężki.
Gotowało się w nim, chciałby rzucić krzesłem, ale się opanował. Starał, naprawdę się kurwa dla niego starał, bo chcąc czy nie, Borgin starszy go wychował i był mu to winien. Jak to możliwe, że w ostatnich miesiącach coraz mocniej odnosił wrażenie, że całe jego życie było jakąś paradą przysług i okazywania wdzięczności, w których on sam ginął lub też nie było na niego miejsca? Bywały chwile, że najchętniej przestałby być Anthonym Borginem, tylko jakimś mało znaczącym Jackiem Snowem, który mógłby wieść szczęśliwe życie z Brenną Longbottom. Marzył, żeby po prostu wyjść z tego obiadku. I chyba pierwszy raz poczuł się naprawdę samotny, bo Stasiek wcale nie był "jego bratem i przyjacielem", miał widocznie ludzi ważniejszych w swoim życiu. Oczywiście wiedział o tym od dawna, po prostu skutecznie ignorował szepczącą mu w głowie myśl.
- Najwidoczniej tak. - powtórzył jedynie, patrząc w swój talerz i jedząc, całkiem smaczną zapiekankę, którą bardziej by chwalił, gdyby nie okoliczności. Nawet brukselka była dobra, zawsze uważał, że kalafior był gorszy. Siedział prosto i cicho, grzecznie, zachowując maniery, które wcześniej stracił. Cóż za plama na honorze, ale do tego powinni się przyzwyczaić, bo przecież od tego Anthony był w tej rodzinie. Żeby trzeba było go temperować i ratować, a potem pociągać za sznurki tak, żeby było, jak szanowny dziadek i i cała reszta sobie wymyśli. Znajdą mu żonę, wybiorą mu sypialnie, będzie miał nawet jakiegoś skrzata od wiązania butów. Świetlana, cudowna przyszłość — z nowym akcentem w postaci Roberta i jego rodziny. Wuja Roberta właściwie. Chrząknął, popijając zaraz, co miało stłumić parsknięcie będące odpowiedzią na jego myśli.
- Nie przepraszaj, zrobiłeś, co uznałeś za stosowne i najlepsze w danej sytuacji. To ja przepraszam, wybuchłem, zupełnie niepotrzebnie. - odparł krótko na monolog Staśka, obdarzając go krótkim spojrzeniem i nawet uniósł kąciki ust, aby zaraz wrócić do swojego talerza. Miał te wszystkie kwestie wyuczone. Drużynie? Chyba z Saurielem, ale tego już na głos nie powiedział. Dopiero teraz zerknął na Roberta nieco dłużej, ale nie zapytał o nic. Wujek wyglądał na przynajmniej niezadowolonego i rozczarowanego, do takiego widoku twarzy był przyzwyczajony, bo jego stary miewał taki ciągle. Nie zrobiło to na nim większego wrażenia, nawet nieco był zaskoczony brakiem siarczystego policzka lub zaklęcia, które doprowadziłoby go do porządku. To znał.
- Działania i struktura organizacji pozostawia wiele do życzenia. Im więcej masz wrogów, tym większy respekt budzisz. Wybacz mi proszę moją reakcję, Wu.. Robercie. - zmienił zdanie, podnosząc na niego wzrok. Nadziany na widelec groszek zabłyszczał. - To nie jest właściwie moja sprawa, ale mam nadzieję, że odnajdziecie właściwą drogę. Naprawdę, doskonała zapiekanka. To miętowy groszek?
Zjadł zawartość widelca, brzmiąc względnie normalnie. Popił, wytarł usta serwetką, gdy dojadł. A potem zerknął na zegarek, licząc coś w myślach. Czy mógł już pójść? Lepiej będzie, jak sami sobie tu porozmawiają. Wstał więc, wsuwając po sobie krzesło i poprawił koszulę. Zawsze prezentował się nienagannie, jeśli chodziło o aparycję.
- Muszę jeszcze załatwić pewne sprawy w Ministerstwie. Bardzo dziękuje za zaproszenie i doceniam fakt wtajemniczenia w wasz sekret. Mam nadzieję, że uda nam się to powtórzyć, zrobię następnym razem może kolację u siebie? - uśmiechnął się, słysząc w głowie szepty narastającej chęci zapalenia papierosa. I może powinien spędzić wieczór na motorze? To zawsze poprawiało mu humor. - Dbajcie o siebie wzajemnie Panowie, życzę smacznego deseru.
Pożegnał się raz jeszcze, kiwając do nich głowami i dłonią pokazując, żeby go nie odprowadzali. Sam przecież trafi do drzwi, a zresztą skrzat i tak go odprowadzi. Zdecydowanie lepszą informacją byłby Staśka zaręczyny z córką Roberta, które teraz wydały mu się śmiesznym żartem, bo pokręcił głową, tłumiąc śmiech. Gdy wyszedł, odszedł kawałek i teleportował się do swojego niewielkiego mieszkania.
Postać opuszcza sesję