29.05.2024, 22:42 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.05.2024, 22:53 przez Anthony Shafiq.)
Epizodyczna. Ferrytowa. Świeża. Ejdetyczna. Zdradliwa i niewierna. Skłonna do skrzywień, zaćmień i olśnień. Bywa krótka, kurza i niesprawiedliwa. Ślepa, błogosławiona i święta. Nieodżałowana i świetlana. Pogrzebana i utracona. Może wbić się w myśl, wyryć, albo przyczaić na końcu języka. Dodać skrzydeł lub zawisnąć niczym młyński kamień na szyi. Może mieszkać w słowie, w dotyku, w zapachu, w uczuciu. W dźwiękach fortepianu.
Pamięć.
Niezbędna i niezastąpiona. Bez niej świat trwałby tylko przez chwilę.
Anthony Shafiq słuchał recitalu, ale tak na prawdę nie słuchał go wcale. Jego myśli uciekały z dala od ponurej Anglii w kierunku słonecznej Italii, która zasiała w nim niepokój, choć to czysty eufemizm wobec lawiny, jaką wywołała jedna nieostrożna noc. Nie, tydzień. To był nieostrożny tydzień. Dzwięki narastały w dramatycznym crescendo, wątła pianistka z dziko rozczapierzonymi palcami atakowała tremolem kolejne oktawy rozdarta na Martwiej Wyspie w swoim nieszczęściu, a on opłakiwał dawne życie, cierpiąc i płonąc w tęsknocie, która w takich chwilach, gdy słuchał muzyki, uderzała go najmocniej. Otulony dźwiękową warstwą, słyszał jego oddech, czuł zęby zaciskające się na skórze, palce łapczywie zagarniające wszystko. Na zawsze. Na jedną noc. A potem tylko smutek i konanie, dojmująca pustka, której nie wolno było mu znów wypełnić. Którą – na poziomie bardzo nieświadomym – bał się wypełnić. Odziany w czerń przeżywał kolejny i kolejny raz swoją stratę, a tylko biała orchidea w butonierce odznaczała się na satynowym tle i nieśmiało przypominała, że to nie był pogrzeb, a zwykłe, kolejne, takie samo jak wiele spotkanie służące utrzymaniu relacji. Czuł się bardzo, bardzo zmęczony i zniechęcony do pozostania wśród ludzi.
Reakcja publiczności nie była zbyt żywiołowa. Utwór zbyt ponury, można powiedzieć depresyjny, panny z dobrych domów powinny przecież grać Mozarta, czy bawić się Scalettim przy braku umiejętności. Anthony siedzący w ostatnim rzędzie nie klaskał wcale. Zesztywniały, zmartwiały, pozostawiony z wyrwą w sercu, która teraz posypana solą ostatniego z romantyków, tego, który urodził się za późno, krwawiła obficie i boleśnie. Czuł jednak, że pianistka nie będzie miała mu tego za złe. Że jej autentyczność, zapamiętałość w tkaniu cierpienia nie była dla nich, a dla niej samej. Dlatego też, bardzo nieuprzejmie, ale i tak mu to wybaczą, umknął od razu w cień biblioteki.
Zawsze to robił. Palcami przejeżdżał po grzbietach osieroconych kolekcji, książek nieczytanych, niekochanych, postawionych na półkach i zapomnianych. Czy i on był taką książką w doświadczeniach swojego byłego kochanka? Bardzo krótką książką... ktoś mógłby powiedzieć, nawet, że biuletynem. Dzwięki, trwające w czasie, dziejące się w tu i teraz, dźwięki pozbawione słów pozwalały takim myślom zagnieżdżać się i kwitnąć, pozwalały wspomnieniom atakować go ze zdwojoną siłą. Musiał ochłonąć, musiał znaleźć kotwicę musiał...
głuchy dźwięk opadającego woluminu
... wychylił głowę zza regału w poszukiwania źródła dźwięku, a wzrok szarych oczu padł na drobną sylwetkę kobiety w bieli. Jeszcze nie ducha, choć jej bladości mogłyby pozazdrościć hogwardzkie eteryczne damy.
– Czy wszystko w porządku? – Głupie pytanie, fraszka, wytarty frazes. Nic nie było w porządku czyż nie droga Lorraine? Pochylił się pospiesznie, by podnieść upuszczoną książkę. Nikt nie powinien pozostawać w dole, nawet jeśli był zapomniany. Zwłaszcza książki, o tyle ciekawsze i bardziej przewidywalne od trudnych zawiłości ludzkich, splątanych losów. Pogładził z czułością ofiarę chwilowej niedyspozycji dziewczęcia, po czym powrócił do niej uwagą, oferując jej swoje ramię. – Może zechcesz usiąść? Kazać przynieść Ci wodę? – dopytywał rozglądając się za fotelem czy otomaną, nie bywał tu aż tak często, w końcu awans był sprawą całkiem niedawną.
Pamięć.
Niezbędna i niezastąpiona. Bez niej świat trwałby tylko przez chwilę.
Anthony Shafiq słuchał recitalu, ale tak na prawdę nie słuchał go wcale. Jego myśli uciekały z dala od ponurej Anglii w kierunku słonecznej Italii, która zasiała w nim niepokój, choć to czysty eufemizm wobec lawiny, jaką wywołała jedna nieostrożna noc. Nie, tydzień. To był nieostrożny tydzień. Dzwięki narastały w dramatycznym crescendo, wątła pianistka z dziko rozczapierzonymi palcami atakowała tremolem kolejne oktawy rozdarta na Martwiej Wyspie w swoim nieszczęściu, a on opłakiwał dawne życie, cierpiąc i płonąc w tęsknocie, która w takich chwilach, gdy słuchał muzyki, uderzała go najmocniej. Otulony dźwiękową warstwą, słyszał jego oddech, czuł zęby zaciskające się na skórze, palce łapczywie zagarniające wszystko. Na zawsze. Na jedną noc. A potem tylko smutek i konanie, dojmująca pustka, której nie wolno było mu znów wypełnić. Którą – na poziomie bardzo nieświadomym – bał się wypełnić. Odziany w czerń przeżywał kolejny i kolejny raz swoją stratę, a tylko biała orchidea w butonierce odznaczała się na satynowym tle i nieśmiało przypominała, że to nie był pogrzeb, a zwykłe, kolejne, takie samo jak wiele spotkanie służące utrzymaniu relacji. Czuł się bardzo, bardzo zmęczony i zniechęcony do pozostania wśród ludzi.
Reakcja publiczności nie była zbyt żywiołowa. Utwór zbyt ponury, można powiedzieć depresyjny, panny z dobrych domów powinny przecież grać Mozarta, czy bawić się Scalettim przy braku umiejętności. Anthony siedzący w ostatnim rzędzie nie klaskał wcale. Zesztywniały, zmartwiały, pozostawiony z wyrwą w sercu, która teraz posypana solą ostatniego z romantyków, tego, który urodził się za późno, krwawiła obficie i boleśnie. Czuł jednak, że pianistka nie będzie miała mu tego za złe. Że jej autentyczność, zapamiętałość w tkaniu cierpienia nie była dla nich, a dla niej samej. Dlatego też, bardzo nieuprzejmie, ale i tak mu to wybaczą, umknął od razu w cień biblioteki.
Zawsze to robił. Palcami przejeżdżał po grzbietach osieroconych kolekcji, książek nieczytanych, niekochanych, postawionych na półkach i zapomnianych. Czy i on był taką książką w doświadczeniach swojego byłego kochanka? Bardzo krótką książką... ktoś mógłby powiedzieć, nawet, że biuletynem. Dzwięki, trwające w czasie, dziejące się w tu i teraz, dźwięki pozbawione słów pozwalały takim myślom zagnieżdżać się i kwitnąć, pozwalały wspomnieniom atakować go ze zdwojoną siłą. Musiał ochłonąć, musiał znaleźć kotwicę musiał...
głuchy dźwięk opadającego woluminu
... wychylił głowę zza regału w poszukiwania źródła dźwięku, a wzrok szarych oczu padł na drobną sylwetkę kobiety w bieli. Jeszcze nie ducha, choć jej bladości mogłyby pozazdrościć hogwardzkie eteryczne damy.
– Czy wszystko w porządku? – Głupie pytanie, fraszka, wytarty frazes. Nic nie było w porządku czyż nie droga Lorraine? Pochylił się pospiesznie, by podnieść upuszczoną książkę. Nikt nie powinien pozostawać w dole, nawet jeśli był zapomniany. Zwłaszcza książki, o tyle ciekawsze i bardziej przewidywalne od trudnych zawiłości ludzkich, splątanych losów. Pogładził z czułością ofiarę chwilowej niedyspozycji dziewczęcia, po czym powrócił do niej uwagą, oferując jej swoje ramię. – Może zechcesz usiąść? Kazać przynieść Ci wodę? – dopytywał rozglądając się za fotelem czy otomaną, nie bywał tu aż tak często, w końcu awans był sprawą całkiem niedawną.