Starł rękawem łzę, która potoczyła się po jego policzku, gdy wzrok powrócił do najbardziej obecnej chwili, jaka istniała dla ograniczonego ludzkiego umysłu. To było jak opowiadanie historii czyjegoś życia, przez rodziców danej osoby, nim zdecydują się pójść na pierwszą randkę. Czas należał do form tak bardzo nie zdefiniowanych. Znów położył dłoń na łańcuszku, wyglądał jakby kontemplowal toń. Dopiero po chwili zrozumiał, jakie nazwisko padło. Victoria Lestrange. Mała Victoria, która biegała po Kniei, która knuła z Brenną, która była dla niego jak kolejna bratanica, na którą wywracał oczami, ale troszczył się całym sercem.
— Żołnierze ginący śmiercią żołnierzy. Niechaj walkirie przybędą po ich dusze, a ich śmiechy na zawsze rozbrzmiewają w Vallhalli — złamał własną ciszę gałązką suchego dźwięku, jakby nie przeżywał wewnątrz burzy. Śmierć, kolejny etap podróży. Odeszli niemal w procesji pogrzebowej, gdy łódź ze zmarłym, jego dobytkiem, spuszczało się w dół rzeki i podpalano. W duszy pisał peany na temat śmierci, bo to przynosiło mi ukojenie. W tym wszystkim nie żałował tak Mildred, bo wiedział, że przeżyła. Tacy jak ona nie umierają od byle czego. Od byle zakopaniw żywcem.
— Widziałem jak umieram, tam — wskazał palcem wzgórze, zagajnik z poważną miną. — Więc tam powinniśmy iść.
Jeśli zginie, Antoniusz go zabije. Jednak jeśli to tam, to coś co ma znaczenie albo tam się wydarzyło albo ma wpływ na zachowanie Windemere. Tutejszej wody i ziemi.
Obrócił się i stanowczym krokiem podążył, wedle wizji, na miejsce swojej kaźni, gdzie wyrosną na nim dzwonki, będzie dusił się korzeniami, może glebą, a jego osoba użyźni tę ziemię, zapewne swoją krwią, zanim bliscy odbiorą go od Brygadzistów i przygotują do kremacji. Dobrze, że wybrał kremację. Trupy były dogłębnie brzydkie, a on pragnął pozostać w świadomości reszty pięknym. Chciał aby na miejscu jego śmierci zakwitły niezapominajki, aby ktoś wysyłał bukiety z nich do Vakela Dolohova. Nie mógł jednak nikomu powiedzieć o swojej tęsknocie i prawdzie, w jakiej chciałby żyć, gdyby był odważny. Gdyby oboje tacy byli, wiele, wiele lat temu.
— Cieszę się, że się zeszliście — rzucił nagle, odwracając się do Alexandra i Ambrosii i idąc tyłem. — Śliczna z was para. Będę was nawiedzać, oczekuje, że syna jasnowidza nazwiecie po mnie.
Fakt, że drugi on jeszcze się nie zjawił, mówiło mi nieco zbyt wiele. Odwaga? Brawura? Życzenie śmierci? Nie, Morpheus głównej pragnął wiedzieć. Co tu się działo. I ta potrzeba pchała go do ekstremum. Z różdżką w pogotowiu, już domagał się kolejnego widzenia. Wizji przyszłości, które pozwolą mu ominąć ofiarę z jego życia.
Akcja nieudana
Sukces!