Złapał się za miejsce uderzenia i delikatnie roztarł. Bolało, ale przyzwyczaił się już chyba do tego, że jego twarz często była obijana. Vincent nigdy nie należał do osób pierwszej moralności. Miał swoje zasady, których się trzymał, ale czasami zdarzało mu się zaglądać do zajętych kobiet, uciekać przez okna przed ich mężami, czy też wpadać w bójki z pijanymi mężczyznami w barach. Oprócz tego jego praca też nie należała do bezpiecznych. Walki z kłusownikami, zabezpieczanie zwierząt, którym groziło niebezpieczeństwo.
– Spokojnie, powiem, że mi się należało, bo odmówiłem ci całusa – wytknął do niej język i ciężko westchnął. – Też o tym myślałem. Cały ten dom jest jakiś dziwny – dodał od siebie.
Rozejrzał się jeszcze po bibliotece szukając jakichś śladów tego, że ten wredny duch nadal się tu znajdował, a potem po prostu ruszył przez chatę jeszcze uważnie szukając tego poltergeista, aby ostatecznie wrócić do pokoju, który tej nocy został mu przydzielony. Nie mógł jednak zasnąć, wiercił się z boku na bok, aż w końcu podniósł się, aby wyjść na ogód zajarać. Z okna widział szklarnie, która go zainteresowała. Tutaj też działy się dziwne rzeczy. Zawędrował do podniszczonej szklarni. Wątpił, aby duch szwendał się w tym miejscu, a chwila ciszy nikomu źle nigdy nie zrobiła.
Vincent lubił naturę, lubił spędzać czas w lasach, czy na łąkach. Za miastem nie przepadał, ale tego ranka flora dała mu niezły wycisk. Wśród zniszczonego budynku szklarni spała sobie krwiożercza roślina, która próbowała zaatakować Vincenta. Po długiej walce z tak uwielbianą przez niego naturą w końcu udało mu się spalić resztki zjadliwych roślin. Poparzył sobie przy tym przedramię, ale nawet się tym nie przejął. Upewnił się, że pożar, który wywołał nie dotarł do budynku, zagasił go i zebrał pozostałości po roślinach wracając do budynku osmolony jakby bawił się w kominiarza.