30.05.2024, 13:48 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.07.2024, 16:03 przez Vakel Dolohov.)
Niby wbrew sobie przyjął przed chwilą pozycję słuchacza i sam sobie przyznał to w obrębie własnych myśli, a jednak ostatecznie nie powstrzymał się przed wylaniem na stół takiej samej ilości słów. To chyba przez to, że dla niego mało oznaczało tyle, co dla Peregrinusa musiało stanowić wręcz gadatliwość.
- Oh, nie przeczę temu, że ta teoria jest naciągana, ale nie widzę innego powodu, dlaczego miałby zjawić się w Prawach Czasu, żeby ukraść kilka listów w losowej szuflady w moim biurku. Mam tylu klientów - wśród nich - Yaxleyów - gromadzę tutaj tak obszerne ilości wiedzy, sprzętu, kosztowności, a jednak jedynym zabezpieczeniem, z jakiego korzystałem, była moja własna głowa. Sprawdzało się to przez lata, nawet kiedy chodziłem otumaniony przez eliksiry Annaleigh. Jak widać... jednak dało się ją oszukać. Nie przewidziałem tego, że ten mężczyzna czymkolwiek się wyróżni. I wydaje mi się, że to nie te listy stąd wyniósł. Wyniósł stąd wiedzę, że trzecie oko da się przechytrzyć. W jakikolwiek sposób to uczynił, włamał się do gabinetu najbardziej znanego jasnowidza Londynu, jeżeli jutro nie przeczytasz o tym w gazecie lub na murze, nie zrobił tego, żeby coś sobie udowodnić, tylko weryfikując, czy jego sposób zda rolę przy czymś większym. - Ubliżało mu odrobinę bycie testem czyichś możliwości, nie potrafił jednak odrzucić tej myśli, uznając ją za najbardziej wiarygodną. - Bo nie zostawił po sobie nic? - Nic, czym mógłby podsłuchać kolejne z rozmów, jakie miały odbyć się w tym miejscu. Nie wziął pod uwagę tego, że Peregrin tego nie sprawdził.
- Odczytujesz to po prostu jako zmianę? Cóż, jeżeli spojrzeć tylko na to, że to koło fortuny... - Jak na przedmiot, jak na koło na wiosennym jarmarku - pewnie trafnie, bo pytając o osobę i wyciągając z talii tę kartę, podejrzewałby astrologa lub bankiera. Na pewno nie złodziejaszka listów. - Coś, co przyjmuje konkretną formę, miałoby w tym jakiś cel. Nie wpisuje się to w znaną mi definicję przypadku, losowości. - Zawiesił się na moment. - Ciekawa koncepcja - coś, co nie tylko podejmuje decyzje nieprzewidywalne, coś... co samo w sobie nie potrafi przyjąć konkretnej formy. - Po tym machnął różdżką jeszcze raz. Czajnik wzniósł się do góry, a z kuchni dało się usłyszeć dźwięk obijających się o talerzyki filiżanek. Dolohov nie dodał już nic więcej, w ciszy oparł się o framugę drzwi, chowając jedną z rąk w kieszeni szlafroka, drugą przykładając do ust, żeby zaciągnąć się raz jeszcze.
- Gdyby istniało coś, czego intencji nie da się przewidzieć, nie mówię tu o doskonałym oklumencie, tylko czymś postępującym zbyt losowo, aby ująć to znaną nam sztuką, zamiast podejmować się przewidzenia działań tego czegoś, trzeba by zajrzeć w przyszłość tych, którzy są zaangażowani w to samo. Na przykład... jakiegoś innego Yaxleya? O ile i przyjęte nazwisko nie było dziełem przypadku.
- Oh, nie przeczę temu, że ta teoria jest naciągana, ale nie widzę innego powodu, dlaczego miałby zjawić się w Prawach Czasu, żeby ukraść kilka listów w losowej szuflady w moim biurku. Mam tylu klientów - wśród nich - Yaxleyów - gromadzę tutaj tak obszerne ilości wiedzy, sprzętu, kosztowności, a jednak jedynym zabezpieczeniem, z jakiego korzystałem, była moja własna głowa. Sprawdzało się to przez lata, nawet kiedy chodziłem otumaniony przez eliksiry Annaleigh. Jak widać... jednak dało się ją oszukać. Nie przewidziałem tego, że ten mężczyzna czymkolwiek się wyróżni. I wydaje mi się, że to nie te listy stąd wyniósł. Wyniósł stąd wiedzę, że trzecie oko da się przechytrzyć. W jakikolwiek sposób to uczynił, włamał się do gabinetu najbardziej znanego jasnowidza Londynu, jeżeli jutro nie przeczytasz o tym w gazecie lub na murze, nie zrobił tego, żeby coś sobie udowodnić, tylko weryfikując, czy jego sposób zda rolę przy czymś większym. - Ubliżało mu odrobinę bycie testem czyichś możliwości, nie potrafił jednak odrzucić tej myśli, uznając ją za najbardziej wiarygodną. - Bo nie zostawił po sobie nic? - Nic, czym mógłby podsłuchać kolejne z rozmów, jakie miały odbyć się w tym miejscu. Nie wziął pod uwagę tego, że Peregrin tego nie sprawdził.
- Odczytujesz to po prostu jako zmianę? Cóż, jeżeli spojrzeć tylko na to, że to koło fortuny... - Jak na przedmiot, jak na koło na wiosennym jarmarku - pewnie trafnie, bo pytając o osobę i wyciągając z talii tę kartę, podejrzewałby astrologa lub bankiera. Na pewno nie złodziejaszka listów. - Coś, co przyjmuje konkretną formę, miałoby w tym jakiś cel. Nie wpisuje się to w znaną mi definicję przypadku, losowości. - Zawiesił się na moment. - Ciekawa koncepcja - coś, co nie tylko podejmuje decyzje nieprzewidywalne, coś... co samo w sobie nie potrafi przyjąć konkretnej formy. - Po tym machnął różdżką jeszcze raz. Czajnik wzniósł się do góry, a z kuchni dało się usłyszeć dźwięk obijających się o talerzyki filiżanek. Dolohov nie dodał już nic więcej, w ciszy oparł się o framugę drzwi, chowając jedną z rąk w kieszeni szlafroka, drugą przykładając do ust, żeby zaciągnąć się raz jeszcze.
- Gdyby istniało coś, czego intencji nie da się przewidzieć, nie mówię tu o doskonałym oklumencie, tylko czymś postępującym zbyt losowo, aby ująć to znaną nam sztuką, zamiast podejmować się przewidzenia działań tego czegoś, trzeba by zajrzeć w przyszłość tych, którzy są zaangażowani w to samo. Na przykład... jakiegoś innego Yaxleya? O ile i przyjęte nazwisko nie było dziełem przypadku.
with all due respect, which is none