28.12.2022, 17:59 ✶
Prychnął, niepocieszony słowami Sauriela. Czemu zawsze były takie trafne? Czy to dlatego, że zbyt dobrze go znał, czy po prostu prawdy życiowe nie były mu obce? Mógł przejrzeć go jednym spojrzeniem; tęczówkami tak czarnymi, że aż jednolitymi ze źrenicami – tak, że nie ukazywały jego duszy, a odbijały tę drugiego człowieka. Niektórzy gubili się w czyichś oczach, w tych Rookwooda można było odnaleźć siebie.
- Żeby przestać się z nimi cackać, musiałbym chyba zmienić nazwisko i udawać, że nie jesteśmy spokrewnieni. – Kolejne wzruszenie ramion, tak jakby miał się tym nie przejmować, choć był zmęczony. Po prostu wykończony ciągłym użeraniem się ze wszystkimi wokół i samym sobą, nieporadnym na tyle, by nie potrafić wyrwać się z cienia rodziny. Niektórzy osiągali wiele z pomocą bliskich, inni jednak musieli się wyróżnić, by coś z siebie wykrzesać. Fergus raczej należał do tych drugich. I wiedział o tym za dzieciaka, starając się wyprzeć to w dorosłości. Zamiast pić piwo pod jesionem w słoneczne popołudnie, zapijał smutki ognistą whisky, szwendając się nocą po Nokturnie. Egzystował z gorzkim alkoholem w żyłach i dymem tytoniowym w płucach, zamiast próbować żyć. Ale gdyby wszystko układało się po jego myśli, czy wciąż potrzebowałby Sauriela? Być może właśnie o to chodziło: w całym tym padole łez i wstydu przynajmniej znalazł przyjaciela, albo kogoś, kto kiedyś nim był.
Zignorował obecność swojej szklanki, zbyt wpatrzony w poczynania Rookwooda. Papieros wypadł mu z dłoni, więc szybko wrzucił go do ustawionej między nimi popielniczki, sięgając rękoma w kierunku mężczyzny. Wysunął mu spomiędzy palców jego własną fajkę i chwycił go za nadgarstek, przyciągając go do siebie i marszcząc przy tym brwi.
- Weź się lepiej zamknij – burknął na jego nawiązanie do wcześniejszej wypowiedzi na temat rodzin. Nie miał teraz na to ochoty, zbyt zaintrygowany tym, co przed chwilą zobaczył. Użył jakiegoś zaklęcia i się z niego nabijał, a za chwilę zza baru wyskoczy ktoś z ich dawnych przyjaciół, krzycząc o udanym dowcipie? Nie, ta wersja wydarzeń zdawała mu się już mniej wiarygodna od faktu, że jego najlepszy kumpel padł trupem. I mimo że powinien wąchać kwiatki od spodu, siedział naprzeciw niego. – Jak to właściwie działa? – zapytał, przysuwając się wraz ze swoim krzesłem, by lepiej przyjrzeć się jego dłoni. Szukał jakiegoś zadrapania, jakiegokolwiek śladu po tym, że jeszcze sekundę temu skóra została rozcięta, choć z rany nie dobyła się ani kropla krwi. Nie było to płytkie cięcie, więc też niemożliwe do zatamowania, nawet zmyślnym zaklęciem. Nachmurzył się, niezadowolony ze swojej niewiedzy i jeszcze bardziej z tego, że Sauriel po raz kolejny sobie z nim pogrywał. Kiedy już miał wrażenie, że go przejrzał, ten wyskakiwał z czymś zupełnie nowym. – Jak TY działasz?
Co będzie kolejne? Trójgłowy szczeniak o imieniu Cerber, pilnujący jakiejś zapyziałej kawalerki na poddaszu, w której Rookwood przetrzymywał swoje rzeczy? Podwodny pałac, hodowla pegazów w chmurach? To ostatnie chyba by go zresztą zabiło, gdyby wzbił się zbyt wysoko w powietrze, narażając na promienie słoneczne. Nie nagrzewałyby przyjemnie jego skóry, paliłyby ją, aż zostałby sam popiół. Jak resztki papierosa w popielniczce. W tym momencie Ollivander żałował, że sam nie był zaledwie kupką piasku, która wędrowałaby po świecie poruszana wiatrem. Nie istniałby czas, nie istniałoby poczucie miejsca. Tylko on i ruch powietrza. A miast tego obskurny bar i towarzystwo wampira.
- Głupie pytanie - zaczął, puszczając jego dłoń i odchylając się na krześle, by zlustrować spojrzeniem otaczających ich ludzi. - Gdybyś mógł teraz kogoś zeżreć, kogo z nich byś wybrał?
Tego mężczyznę przy barze, awanturującego się o cenę drinka, dziewczynę w czarnej sukni, tak cienkiej, że przypominała skrzydła wróżki, uśmiechającą się zalotnie w ich stronę, czy grupkę ludzi za oknem, poszukującą świeżego powietrza i przerwy na papierosa? A może jego samego?
- Żeby przestać się z nimi cackać, musiałbym chyba zmienić nazwisko i udawać, że nie jesteśmy spokrewnieni. – Kolejne wzruszenie ramion, tak jakby miał się tym nie przejmować, choć był zmęczony. Po prostu wykończony ciągłym użeraniem się ze wszystkimi wokół i samym sobą, nieporadnym na tyle, by nie potrafić wyrwać się z cienia rodziny. Niektórzy osiągali wiele z pomocą bliskich, inni jednak musieli się wyróżnić, by coś z siebie wykrzesać. Fergus raczej należał do tych drugich. I wiedział o tym za dzieciaka, starając się wyprzeć to w dorosłości. Zamiast pić piwo pod jesionem w słoneczne popołudnie, zapijał smutki ognistą whisky, szwendając się nocą po Nokturnie. Egzystował z gorzkim alkoholem w żyłach i dymem tytoniowym w płucach, zamiast próbować żyć. Ale gdyby wszystko układało się po jego myśli, czy wciąż potrzebowałby Sauriela? Być może właśnie o to chodziło: w całym tym padole łez i wstydu przynajmniej znalazł przyjaciela, albo kogoś, kto kiedyś nim był.
Zignorował obecność swojej szklanki, zbyt wpatrzony w poczynania Rookwooda. Papieros wypadł mu z dłoni, więc szybko wrzucił go do ustawionej między nimi popielniczki, sięgając rękoma w kierunku mężczyzny. Wysunął mu spomiędzy palców jego własną fajkę i chwycił go za nadgarstek, przyciągając go do siebie i marszcząc przy tym brwi.
- Weź się lepiej zamknij – burknął na jego nawiązanie do wcześniejszej wypowiedzi na temat rodzin. Nie miał teraz na to ochoty, zbyt zaintrygowany tym, co przed chwilą zobaczył. Użył jakiegoś zaklęcia i się z niego nabijał, a za chwilę zza baru wyskoczy ktoś z ich dawnych przyjaciół, krzycząc o udanym dowcipie? Nie, ta wersja wydarzeń zdawała mu się już mniej wiarygodna od faktu, że jego najlepszy kumpel padł trupem. I mimo że powinien wąchać kwiatki od spodu, siedział naprzeciw niego. – Jak to właściwie działa? – zapytał, przysuwając się wraz ze swoim krzesłem, by lepiej przyjrzeć się jego dłoni. Szukał jakiegoś zadrapania, jakiegokolwiek śladu po tym, że jeszcze sekundę temu skóra została rozcięta, choć z rany nie dobyła się ani kropla krwi. Nie było to płytkie cięcie, więc też niemożliwe do zatamowania, nawet zmyślnym zaklęciem. Nachmurzył się, niezadowolony ze swojej niewiedzy i jeszcze bardziej z tego, że Sauriel po raz kolejny sobie z nim pogrywał. Kiedy już miał wrażenie, że go przejrzał, ten wyskakiwał z czymś zupełnie nowym. – Jak TY działasz?
Co będzie kolejne? Trójgłowy szczeniak o imieniu Cerber, pilnujący jakiejś zapyziałej kawalerki na poddaszu, w której Rookwood przetrzymywał swoje rzeczy? Podwodny pałac, hodowla pegazów w chmurach? To ostatnie chyba by go zresztą zabiło, gdyby wzbił się zbyt wysoko w powietrze, narażając na promienie słoneczne. Nie nagrzewałyby przyjemnie jego skóry, paliłyby ją, aż zostałby sam popiół. Jak resztki papierosa w popielniczce. W tym momencie Ollivander żałował, że sam nie był zaledwie kupką piasku, która wędrowałaby po świecie poruszana wiatrem. Nie istniałby czas, nie istniałoby poczucie miejsca. Tylko on i ruch powietrza. A miast tego obskurny bar i towarzystwo wampira.
- Głupie pytanie - zaczął, puszczając jego dłoń i odchylając się na krześle, by zlustrować spojrzeniem otaczających ich ludzi. - Gdybyś mógł teraz kogoś zeżreć, kogo z nich byś wybrał?
Tego mężczyznę przy barze, awanturującego się o cenę drinka, dziewczynę w czarnej sukni, tak cienkiej, że przypominała skrzydła wróżki, uśmiechającą się zalotnie w ich stronę, czy grupkę ludzi za oknem, poszukującą świeżego powietrza i przerwy na papierosa? A może jego samego?