30.05.2024, 18:40 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 31.05.2024, 13:24 przez Christopher Rosier.)
Koło fortuny
Christopher nie miał zamiaru przychodzić na jarmark. Lammas nie było świętem, które go interesowało, targowiska zdawały się mu zbyt plebejskie i nie wierzył, że na stoiskach znajdzie cokolwiek ciekawego. Nie ciągnęło go pączków kupowanych gdzieś pod gołym niebem, nie interesowała biżuteria w przystępnych cenach, nie ufał, że sprzedawanych tu dżemów nie robiono brudnymi rękami i tak dalej, i tak dalej… Na Polanie Ognisk panował przynajmniej pewien klimat i można było przetańczyć całą noc, a czego jak czego, ale wyobraźni Christopherowi nigdy nie brakowało. Tak, nie planował tutaj być.
Skoro jednak on nie przyszedł do jarmarku, jarmark przyszedł od niego.
Rosier mieszkał przy Horyzontalnej i wracając z Domu Mody nie było szans, aby mógł ominąć to wszystko. Kamienica była zabezpieczona przed teleportacją - to trochę nieprzyjemne, gdy szalona wielbicielka pojawia się na środku twojej sypialni - pozostawało więc mu teraz przeciskać się pomiędzy straganami i ludźmi, teraz, gdy tłum był największy i szykowano jakieś występy. Nie poświęcił im uwagi (na pewno nie będą równały się tym w Teatrze Selwynów) i nie zatrzymał się przy żadnym stoisku. Szerokim łukiem obszedł jakąś bójkę, nie patrząc, między kim a kim do niej doszło. Rozglądał się jedynie, czy nie wypatrzy jakiejś znajomej twarzy i…
Przystanął przy kole.
Rosier nie był może nałogowym hazardzistą, ale hazard od czasu do czasu lubił, w rozsądnych dawkach przynajmniej. Zawahał się, ale ostatecznie kupił losy i zakręcił kołem – ot tak by zobaczyć, co mu wypadnie…
Christopher nie miał zamiaru przychodzić na jarmark. Lammas nie było świętem, które go interesowało, targowiska zdawały się mu zbyt plebejskie i nie wierzył, że na stoiskach znajdzie cokolwiek ciekawego. Nie ciągnęło go pączków kupowanych gdzieś pod gołym niebem, nie interesowała biżuteria w przystępnych cenach, nie ufał, że sprzedawanych tu dżemów nie robiono brudnymi rękami i tak dalej, i tak dalej… Na Polanie Ognisk panował przynajmniej pewien klimat i można było przetańczyć całą noc, a czego jak czego, ale wyobraźni Christopherowi nigdy nie brakowało. Tak, nie planował tutaj być.
Skoro jednak on nie przyszedł do jarmarku, jarmark przyszedł od niego.
Rosier mieszkał przy Horyzontalnej i wracając z Domu Mody nie było szans, aby mógł ominąć to wszystko. Kamienica była zabezpieczona przed teleportacją - to trochę nieprzyjemne, gdy szalona wielbicielka pojawia się na środku twojej sypialni - pozostawało więc mu teraz przeciskać się pomiędzy straganami i ludźmi, teraz, gdy tłum był największy i szykowano jakieś występy. Nie poświęcił im uwagi (na pewno nie będą równały się tym w Teatrze Selwynów) i nie zatrzymał się przy żadnym stoisku. Szerokim łukiem obszedł jakąś bójkę, nie patrząc, między kim a kim do niej doszło. Rozglądał się jedynie, czy nie wypatrzy jakiejś znajomej twarzy i…
Przystanął przy kole.
Rosier nie był może nałogowym hazardzistą, ale hazard od czasu do czasu lubił, w rozsądnych dawkach przynajmniej. Zawahał się, ale ostatecznie kupił losy i zakręcił kołem – ot tak by zobaczyć, co mu wypadnie…