30.05.2024, 19:30 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 30.05.2024, 19:46 przez Charles Mulciber.)
Stoisko Mulciberów
Charles mógł tylko patrzeć, jak jego żartobliwe świeczki... rozpętują pandemonium.
Pojawienie się ojca umknęło Charliemu, bo jeden z klientów porwał świeczkę i w zupełnie ordynarny sposób przyłożył nią innemu mężczyźnie! Młody Mulciber poczuł, że kolana mu miękną, i to ze złych powodów. Po czymś takim z pewnością będzie miał problemy większe, niż mógł przypuszczać! Pojawiały się kolejne osoby, które najwyraźniej wszyscy znali, ale Charles nie miał pojęcia kto jest kim. Za krótko w Anglii, za słabo zaznajomiony z miejscową polityką, być może rozpoznawał jakieś twarze, ale ciężko było mu dopasować imię do osoby... to i tak nie miało znaczenia. Wuj go przecież zabije, jeszcze tego popołudnia. Charlie nie mógł jednak nie uśmiechnąć się, gdy jeden z mężczyzn (nieznajomy wuj Alexander!) zaczął nawoływać o większą falliczną przemoc wobec nieszczęśnika. Tamten musiał sobie na to zasłużyć, na to wyglądało.
Pojawił się jednak niszczyciel dobrej zabawy, pan Robert Mulciber, rzucając groźbami. W pierwszej chwili Charles struchlał, w kolejnej jednak... pojawiła się w nim buta. Robert nie miał prawa do niego tak mówić.
- To indywidualne zamówienie. - Wyjaśnił spokojnie wujowi, wyobrażając sobie, jak z oczu sypie iskry! - To...
Urwał, bo podeszła kobieta i wcisnęła mu w dłoń pieniądze, po czym zabrała swoje zamówienie. Charlie nie mógł uwierzyć, że naprawdę ktoś zapłacił mu za woskowego penisa! I to w cenie dużej świeczki, w klasycznym kształcie!
- Dziękuję, zapraszam ponownie. - Odezwał się do Florence, odruchowo używając klasycznej formułki i wyuczonego uśmiechu sprzedawcy. Szok spowodowany sprzedaniem pierwszych fallusów spowodował, że nawet słowa ojca nie wydały się takie straszne, jak być może powinny. Z tego wszystkiego nie spostrzegł nawet, że Alexander zabrał puszkę i zaczął z nią pozować.
Richard zaczął remanent na tyłach stoiska, ale nie znalazł żadnej skrzynki, w której byłoby więcej fallusowych świec. Tylko dwie zostały zapakowane, bo Charlie miał nadzieję, że to Isaac je zabierze. Nie wszyscy jednak byli źle nastawieni do świeczek. Potencjalni klienci pojawiali się, gdy Isaac głośno śpiewał peony na cześć afrodyzjakalnych świeczek. Charlie postanowił słuchać go bardziej, niż rodziny. Uśmiechnął się do dziennikarza i pokazał mu kciuk w górę. Zresztą, ten zaraz zaczął rzucać świeczkami. A te miały popyt!
- Jakie zapachy panią interesują? Rozmiary? - Zagadnął do Victorii i trochę na przekór ojcu i bratu, sięgnął po kolejną skrzynkę, by zaprezentować wyroby. - Przepraszam, tak jak mówiłem, to było indywidualne zamówienie, lecz wygląda na to, że nie zostanie już odebrane. - Wyjaśnił, uśmiechając się uprzejmie. - Proszę pytać, jeśli ma pani jakieś wątpliwości.
Charlie spojrzał w stronę kolejnego zamieszania, gdzie ktoś dał komuś w twarz! Skrzywił się tylko odrobinę. Arteus był dużo ciekawszy.
Uszy Charlesa poczerwieniały na wieść o zakupie całej skrzynki.
- Całą skrzynkę? - Dopytał, a kiedy dostał odpowiedź i co ważniejsze, galeony, dużo galeonów, podał zamówienie bez wahania. Nie dość, że sprzeda to, co zrobił, zarobi, to jeszcze stworzy sztuczny popyt! - Dziękuję! Proszę bardzo.
Musiał zastanowić się nad tym, co powinien zrobić dalej. Skoro i tak już miał kłopoty...
- Zapraszam! Zapraszam! - Podniósł nieco głos, by usłyszeli go wszyscy w okolicy straganu. - Zostały ostatnie sztuki! Realizuję indywidualne zamówienia, jeśli zabraknie, proszę o sowę!
Czy kopał sobie grób? Tak, bardzo głęboki...
Charles mógł tylko patrzeć, jak jego żartobliwe świeczki... rozpętują pandemonium.
Pojawienie się ojca umknęło Charliemu, bo jeden z klientów porwał świeczkę i w zupełnie ordynarny sposób przyłożył nią innemu mężczyźnie! Młody Mulciber poczuł, że kolana mu miękną, i to ze złych powodów. Po czymś takim z pewnością będzie miał problemy większe, niż mógł przypuszczać! Pojawiały się kolejne osoby, które najwyraźniej wszyscy znali, ale Charles nie miał pojęcia kto jest kim. Za krótko w Anglii, za słabo zaznajomiony z miejscową polityką, być może rozpoznawał jakieś twarze, ale ciężko było mu dopasować imię do osoby... to i tak nie miało znaczenia. Wuj go przecież zabije, jeszcze tego popołudnia. Charlie nie mógł jednak nie uśmiechnąć się, gdy jeden z mężczyzn (nieznajomy wuj Alexander!) zaczął nawoływać o większą falliczną przemoc wobec nieszczęśnika. Tamten musiał sobie na to zasłużyć, na to wyglądało.
Pojawił się jednak niszczyciel dobrej zabawy, pan Robert Mulciber, rzucając groźbami. W pierwszej chwili Charles struchlał, w kolejnej jednak... pojawiła się w nim buta. Robert nie miał prawa do niego tak mówić.
- To indywidualne zamówienie. - Wyjaśnił spokojnie wujowi, wyobrażając sobie, jak z oczu sypie iskry! - To...
Urwał, bo podeszła kobieta i wcisnęła mu w dłoń pieniądze, po czym zabrała swoje zamówienie. Charlie nie mógł uwierzyć, że naprawdę ktoś zapłacił mu za woskowego penisa! I to w cenie dużej świeczki, w klasycznym kształcie!
- Dziękuję, zapraszam ponownie. - Odezwał się do Florence, odruchowo używając klasycznej formułki i wyuczonego uśmiechu sprzedawcy. Szok spowodowany sprzedaniem pierwszych fallusów spowodował, że nawet słowa ojca nie wydały się takie straszne, jak być może powinny. Z tego wszystkiego nie spostrzegł nawet, że Alexander zabrał puszkę i zaczął z nią pozować.
Richard zaczął remanent na tyłach stoiska, ale nie znalazł żadnej skrzynki, w której byłoby więcej fallusowych świec. Tylko dwie zostały zapakowane, bo Charlie miał nadzieję, że to Isaac je zabierze. Nie wszyscy jednak byli źle nastawieni do świeczek. Potencjalni klienci pojawiali się, gdy Isaac głośno śpiewał peony na cześć afrodyzjakalnych świeczek. Charlie postanowił słuchać go bardziej, niż rodziny. Uśmiechnął się do dziennikarza i pokazał mu kciuk w górę. Zresztą, ten zaraz zaczął rzucać świeczkami. A te miały popyt!
- Jakie zapachy panią interesują? Rozmiary? - Zagadnął do Victorii i trochę na przekór ojcu i bratu, sięgnął po kolejną skrzynkę, by zaprezentować wyroby. - Przepraszam, tak jak mówiłem, to było indywidualne zamówienie, lecz wygląda na to, że nie zostanie już odebrane. - Wyjaśnił, uśmiechając się uprzejmie. - Proszę pytać, jeśli ma pani jakieś wątpliwości.
Charlie spojrzał w stronę kolejnego zamieszania, gdzie ktoś dał komuś w twarz! Skrzywił się tylko odrobinę. Arteus był dużo ciekawszy.
Uszy Charlesa poczerwieniały na wieść o zakupie całej skrzynki.
- Całą skrzynkę? - Dopytał, a kiedy dostał odpowiedź i co ważniejsze, galeony, dużo galeonów, podał zamówienie bez wahania. Nie dość, że sprzeda to, co zrobił, zarobi, to jeszcze stworzy sztuczny popyt! - Dziękuję! Proszę bardzo.
Musiał zastanowić się nad tym, co powinien zrobić dalej. Skoro i tak już miał kłopoty...
- Zapraszam! Zapraszam! - Podniósł nieco głos, by usłyszeli go wszyscy w okolicy straganu. - Zostały ostatnie sztuki! Realizuję indywidualne zamówienia, jeśli zabraknie, proszę o sowę!
Czy kopał sobie grób? Tak, bardzo głęboki...