Po odejściu w poszukiwaniu jakiegokolwiek Brygadzisty musiał już poświęcić chwilę na powstrzymanie krwotoku z nosa - ta nadal płynęła już z obu dziurek złamanego, opuchniętego nosa. Pochylając się do przodu ucisnął palcami oba Do tych wszystkich wrażeń dochodził ból głowy. O tym, że został napadnięty świadczyła także krew na noszonej przez niego brązowej marynarce oraz białym t-shircie. Nie pozostawiało to złudzeń, że nastawienie jego nosa będzie wymagać wizyty u uzdrowiciela. Im szybciej skorzysta z pomocy medycznej, tym lepiej. Bo czuł się źle, nie było jednak tragicznie. Kręciło mu się w głowie i to sprawiało, że najchętniej usiadłby sobie w jakimś zacisznym i spokojnym miejscu, z dala od tego zamieszania. Z wyraźnym niezadowoleniem mógł stwierdzić, że tutaj nie ma takiego miejsca. Sytuacja, w której się znalazł, wymagała w gruncie rzeczy skonfrontowania się ze swoimi poglądami i przewartościowanie swojego systemu wartości. To jednak zamierzał zrobić w zaciszu swojego domu, zajmując wygodną kanapę.
Od czasu dokonania ataku na niego minęła zaledwie chwila, a tutaj rozgorzała już kolejna bijatyka. W tym... motłochu, bo to już nie był tłum, tylko właśnie motłoch (któremu w dodatku się nie podobało to, co miało miejsce) zamajaczyła mu sylwetka naprawdę wysokiego mężczyzny w pełnym umundurowaniu. W starcie z użyciem pięści zaangażował się inny przedstawiciel Departamentu Przestrzegania Prawa oraz sprawca napaści na niego jako powstrzymujący drugiego z mężczyzn (cóż za ironia, dziwne że nie zdecydował się dołączyć skoro tak uwielbia okładać kogoś po twarzach!).
Stający przeciwko atakującemu go mężczyźnie Alexander wydawał się być zaledwie psidwakiem wystawionym przeciwko jarczukowi. Wydawał się głośno ujadać i próbować ugryźć, w rzeczywistości był na jedno kłapnięcie potężnych szczęk oponenta. Z pewnością nie będą musieli długo czekać na usłyszenie żałosnego skomlenia poprzedzającego przegryzienie karku. Bo Alex nie był wściekłym psem, tylko pieskiem którego taka kobieta jak Loretta mogła wziąć pod pachę albo schować do torebki, zdolnym jedynie do lekkiego chapnięcia w kostkę u nogi. Być może - bo to wcale nie jest pewne - można mówić o opanowaniu sytuacji.
Na domiar tego z jego kuzynem też nie działo się dobrze. To, co miało być podjętą przez Roberta próbą opanowania tej sytuacji, stało się kolejną patową sytuacją. Gdyby sam nie został zaatakowany, gdyby nie ciężki stan jego kuzyna i gdyby nie kolejna bijatyka to znacznie bardziej przejąłby się swoim udziałem w zrujnowaniu występu Chórzystów. Przemawiający do mikrofonu mężczyzna powinien dostać wyraźny zakaz opowiadania tak oklepany żart o wróżbicie, którego tak uwielbiała jego matka.
— Chciałem zgłosić napaść. Zostałem napadnięty przez obecnego na tym kiermaszu czarodzieja, kiedy zmierzałem wraz z kuzynem do stoiska. Nie znam go osobiście, jednak zdołałem rozpoznać go przez to, że pojawił się w Proroku Codziennym.... to Atreus Bulstrode. — Jak tylko podszedł do przedstawiciela władz to od razu nakreślił mu zaistniałą sytuację, która miała miejsce przy wielu świadkach. Tego nie widział tylko i wyłącznie idący obok niego Robert. Ten incydent przykuł uwagę wielu ludzi, którzy w chwili przyjęcia tego zgłoszenia staną się świadkami i nie zmieni tego fakt, że nie zareagowali należycie.
Jako, że jest ofiarą napaści to oczekiwał od umundurowanego czarodzieja podjęcia odpowiednich kroków, jakie dotyczą sprawców przestępstw. A to, że sprawcą napaści na niego jest czarodziej noszący na co dzień mundur nie miało dla niego znaczenia. Napaść to napaść. Pomimo całej rozpoznawalności jest cywilem, na którego podniesiono rękę w miejscu publicznym. Oczywiste, że nie zamierzał tego tak zostawić. Nie zamierzał też skończyć na zgłoszeniu tego incydentu umundurowanemu czarodziejowi. To jednak będzie musiało poczekać do wieczora albo do dnia następnego.